William Wharton: Naucz się piękna świata (wywiad)
Starość jest wtedy, gdy człowiek się budzi rano i stwierdza, że nic go nie boli i zastanawia się, co musi zrobić, żeby jutro było podobnie, żeby też go nie bolało – mówił William Wharton w 2000 roku.
Zmarły 29 października amerykański pisarz często przyjeżdżał do Polski na spotkania z wielbicielami swojej twórczości, których w naszym kraju nie brakowało. Podczas jednej z takich wizyt z autorem „Ptaśka” rozmawiał współautor naszego bloga, Grzegorz Kozera. Przypominamy ten wywiad.
– Nie czuje się Pan jak idol rockowy, jeżdżąc co roku po Polsce i spotykając się z licznymi wielbicielami Pańskiej twórczości?
– Czasami żartuję, że jestem jak Elvis Presley, ale przecież nie o to mi chodzi. Ważne, żebym mógł spokojnie porozmawiać z czytelnikami i żebyśmy rozumieli się nawzajem. Sława, bycie idolem nie są tym, na czym mi zależy.
– Pańska popularność w naszym kraju jest jednak faktem. Zastanawiał się Pan może nad przyjęciem polskiego obywatelstwa i nauką języka polskiego?
– Z urodzenia jestem Amerykaninem, mam paszport, który pozwala mi wszędzie jeździć. Nauka polskiego byłaby dla mnie zbyt trudna. Rozumiem pojedyncze słowa, ale porządne nauczenie się waszego języka jest, niestety, niemożliwe.
– Teraz już bardziej serio. Z Pańskich książek można wywnioskować, że najważniejsze są dla Pana miłość, rodzina, praca, przyjaźń.
– Tak, to prawda.
– Na jakich wartościach powinniśmy opierać nasze życie?
– Powinniśmy mieć szacunek dla tych, którzy byli przed nami i którzy przyjdą po nas. Trzeba nauczyć się rozkoszować pięknem świata, artysta szczególnie szybko się tego uczy. I pamiętać o sztukach pięknych, czy to pisarstwie, czy to malarstwie. Także o filmie, który jest najbogatszym sposobem poznawania otaczającego nas świata.
– Wyjechał Pan ze Stanów chcąc uchronić swoje dzieci przed wpływem telewizji. Udało się to Panu?
– Tak, tu obok stoi dowód, czyli mój syn Will. Moje dzieci są szczęśliwymi ludźmi, robią rzeczy, które uważają za ważne i wartościowe. Aby nasza planeta była szczęśliwa i my żebyśmy byli szczęśliwi, musimy nauczyć się szanować w nas zwierzę, czyli przedstawiciela natury. Jesteśmy najlepiej rozwiniętym, najbardziej inteligentnym zwierzęciem, które należy przecież do przyrody.
– A dzisiaj, gdy zagrożeń jest jeszcze więcej, przed czym powinniśmy chronić nasze dzieci?
– Myślę, że przed homogenizacją, a więc trendem do upodabniania się wszystkich ludzi. Nie możemy być wszyscy tacy sami. Powinniśmy dostrzegać u dzieci ich indywidualność i pomagać im rozwijać ją w sobie.
– Nie korciło Pana, by w ostatniej powieści „Tam, gdzie spotykają się wszystkie światy” dać inne zakończenie, by romans starzejącego się Alberta i młodej Peg jednak się spełnił?
– Ta książka się rozwija tak, że bohaterowie uczą się kochać ludzi i siebie nawzajem. Lecz gdyby doszło do fizycznego spełnienia, byłoby to pogwałceniem wartości, które cenią i krzywdą dla ludzi, których kochają. Byłoby to zbyt egoistyczne. Ten związek nie miałby żadnego sensu, rozpadłby się bardzo szybko, oni są całkowicie różnymi osobami.
– To bardzo osobista książka. Polski pisarz Marek Hłasko powiedział, że pisanie jest rzeczą bardziej intymną od łóżka. Zgadza się Pan z nim?
– Tak, bo chociaż czerpię przyjemność z seksu, to pisanie porusza mnie dużo bardziej. Możliwość tworzenia światów literackich poszerza moje doświadczenie realnego świata. I to jest jedna z przyczyn, dla których piszę. Ale nigdy nie mam ochoty, by tak jak George Bernard Shaw bawić się w Pigmaliona i ożywiać postaci literackie.
– Dość często pisze Pan o starzeniu się i starości. Czym jest dla Pana starość?
– Właśnie się starzeję i ten proces jest mi bardzo bliski. Starość jest wtedy, gdy człowiek się budzi rano i stwierdza, że nic go nie boli i zastanawia się, co musi zrobić, żeby jutro było podobnie, żeby też go nie bolało. Starzenie się to stopniowa utrata zmysłów, coraz słabszy wzrok, słuch i dotyk, coraz słabsze zęby, utrata pamięci. Czasami człowiek już nie pamięta, które zmysły były dawniej sprawne, a nawet zapomina, że traci tę sprawność. Jest też aspekt socjologiczny. Człowiek staje się niewidzialny, zwłaszcza dla kobiet. Gdy mężczyzna ma siedemdziesiąt pięć lat, wtedy żadna kobieta na niego nie spojrzy. Naprawdę.
– Pańskie życie w niektórych momentach było bardzo dramatyczne. Czy z cierpienia możemy czerpać korzyści?
– Na pewno nie wtedy, gdy samemu sobie zadaje się ból, na przykład wkładając zapałkę do ucha. Ale myślę też, że cierpienie związane z utratą bliskiej osoby czy z udziałem w wojnie, z której wraca się z nienawiścią do samego siebie, nie poprawia człowieka.
– Rozważał Pan możliwość umieszczenia akcji którejś ze swych powieści w Polsce?
– Podjąłem kiedyś taką próbę, lecz sam uznałem, że była to próba nieudana. Uświadomiła mi, jak bardzo różnię się od Polaków, jak niewiele wiem o Polsce. Próbowałem wtedy pisać o polskiej historii, polskiej przyrodzie, tylko że według mnie nie była to dobra literatura.
– Kiedy przyjedzie Pan znów do naszego kraju?
– Nie wiem.
– W takim razie, kiedy ukaże się następna książka?
– Późną jesienią wyjdzie nowa powieść, która będzie się nazywać „Nie złapiesz mnie do końca świata”. Ten tytuł wiąże się z moimi wspomnieniami. W czasie II wojny światowej, gdy trafiłem na front w Europie, byłem tak przerażony, że straciłem szacunek do samego siebie, uważałem się za tchórza. Jedyną osobą, z którą byłem w stanie podzielić się swoimi uczuciami, była moja babcia ze strony ojca. W liście napisała mi, że kiedy ona była małym dzieckiem i ktoś chciał ją bić, uciekała i krzyczała: „Nie złapiesz mnie do końca świata!”. Ta mantra ją ratowała. Kiedy więc nad moją głową przelatywały pociski, powtarzałem za babcią: „Nie złapiesz mnie do końca świata!”. I nie złapali mnie, przeżyłem wojnę.
Rozmawiał Grzegorz Kozera
(pierwodruk Magazyn „Słowa Ludu” 2000 r., nr 2129)
-
Tymoteusz

