U2, „No Line on the Horizon”, recenzja
Chociaż U2 najlepsze lata ma już prawdopodobnie za sobą, dla nas i tak jest to ciągle jeden z czołowych zespołów świata. A „No Line on the Horizon” – nowa płyta, która 2 marca ma europejską premierę – pokazuje, że irlandzka kapela nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. To dużo lepszy album od poprzedniego, wydanego w 2004 „How to Dismantle an Atomic Bomb”.
Można było mieć obawy, czy Bono, który ostatnimi laty częściej udzielał się na scenie społeczno-politycznej niż muzycznej (trzy razy zgłaszano jego kandydaturę do pokojowej Nagrody Nobla), oraz The Edge, Adam Clayton i Larry Mullen Jr. potrafią jeszcze nagrać płytę, która byłaby czymś więcej niż daniną wobec fanów. Tym bardziej że od czasów krążka „All That You Can’t Leave Behind” (2000), a zdaniem niektórych nawet – od czasów „Pop” (1997), zespół nie stworzył niczego wyrastającego ponad przeciętność.
No i dla tych, którzy tak sądzili, płyta „No Line on the Horizon” będzie miłym zaskoczeniem. Muzycy U2 nie robią artystycznej rewolucji, zresztą nikt tego po nich nie oczekiwał, za to nowymi utworami przypominają, przynajmniej chwilami, najciekawsze i najlepsze (tak, tak) czasy swojej kariery. Całość brzmi świeżo i emanuje pozytywną energią. A nam spośród jedenastu utworów najbardziej przypadły do gustu te spokojniejsze: „Moment of Surrender”, „Unknow Caller”, „White As Snow”, „Cedars of Lebanon”. W końcu jeśli chodzi o ballady, U2 są mistrzami, a „One” z „Achtung Baby” (1991) moglibyśmy słuchać bez znudzenia zawsze i wszędzie. GK
-
Piotr
-
http://born66.net krzychu

