cze 08 2009
Tori Amos, „Abnormally Attracted to Sin”, recenzja
Im dłużej się słucha płyty Tori Amos „Abnormally Attracted to Sin”, tym bardziej się ten album podoba. Przynajmniej nam.
Przyznajemy się: twórczość Tori Amos znamy tyle, o ile, czyli tak sobie. Wokalnie artystka zawsze kojarzyła nam się z Kate Bush, a wizualnie z dorosłą Anią z Zielonego Wzgórza. Ponieważ jednak wygląd nie ma tu nic do rzeczy, zostańmy przy muzyce.
Po pierwszym wysłuchaniu album „Abnormally Attracted to Sin” nie zrobił na nas większego wrażenia. Za drugim też niespecjalnie, lecz tak jakoś wyszło, że puściliśmy go po raz trzeci. A potem czwarty, piąty… Płyta dostarczyła nam sporo przyjemność, choć jest to przyjemność lekko depresyjna.
Dużo na tym krążku melancholii i pięknych ballad. Tori jak zwykle śpiewa czystym głosem, czasami poddając się emocjom, gra na fortepianie, w tle słychać sekcję smyczkową, gitary i perkusję. Jako całość płyta jest spójna, przypomina muzyczny spektakl. Nam najbardziej spodobały się piosenki „Give”, „Flavor”, „Curtain Call” i „500 Miles” i ostatnia, ekstatyczna „Lady in Blue”.


To chyba najgorsza recenzja, jaką w życiu czytałem. Widać, że ludzie to piszący mają mało pojęcia o prawdziwej sztuce i wymiarze muzyki, jaką tworzy Tori Amos
Tori na fortepianie gra od zawsze, żadna nowość… śpiewa czysto, a i owszem… ale to że „czasami poddaje się emocjom” to chyba najbardziej obraźliwe stwierdzenie jakie o jej muzyce słyszałem
Czasami emocjom to poddaje się np. Britney Spears gdy nie może wyciągnąć wyższej partii, więc ukrywa to obmacywaniem się i stękaniem
Wstyd!!!