Starsi poeci więcej wiedzą
Rozmowa z Muńkiem Staszczykiem, liderem zespołu T.LOVE.
Wydana w ubiegłym roku płyta T.LOVE nosi przekorny tytuł „I Hate Rock’N’Roll”, a ja chciałem Cię zapytać, za co kochasz rock and rolla?
– Ta muzyka mnie ukształtowała. Zaraziłem się nią w latach siedemdziesiątych, ale mam świadomość jej ogromnej historii, począwszy od Chucka Berry’ego, poprzez Elvisa, lata 60., Sex Pistols, Nirvanę – do dzisiaj. Ja z tych czterech czy sześciu akordów wyszedłem i płytą „I Hate Rock’N’Roll” chciałem powrócić do źródeł. Rock and roll dał mi w życiu wiele przyjemnych chwil, choć tak samo dał mi wiele bólu, lecz tak to już jest, taki rockandrollowy krzyż. Ja w ogóle nie mam negatywnych uczuć do tej muzy, wręcz przeciwnie. Tylko że jeśli grasz w zespole dwadzieścia lat, to z czasem trochę żółci się w tobie gromadzi. I ten album jest dla mnie jak katharsis, bo ta żółć została wylana, dlatego mogę powiedzieć, że mam w sobie więcej miłości do rock and rolla niż prawdziwej nienawiści.
Mógłbyś być kimś innym niż wokalistą T.LOVE?
– Gdy zaczynałem, to po pierwsze, nie myślałem, że to potrwa tak długo, a po drugie nie wierzyłem, że będzie to zajęcie, które zapewni mi utrzymanie i da całkiem dostatnie życie, oczywiście po wielu latach, bo na początku nie było żadnych pieniędzy. Najpierw myślałem: „fajnie, jak zagramy w jakimś klubie w Częstochowie”, potem: „fajnie, jak zagramy w klubie w Warszawie”, a jeszcze potem: „jak zgramy w Jarocinie, jak nas puszczą w radio, jak nagramy pierwszą płytę”. I tak ciągle „fajnie i fajnie”. Ale w pewnym momencie odkrywasz, że to nie jest hobby, że nie chodzi o poderwanie pięciu dziewczyn, tylko że to jest twój life, sposób na twoje życie. Odkrywasz, ¿e to nie kaprys i wtedy wiesz, że jest Ci to potrzebne do życia jak tlen. Okrywasz to powoli, najpierw dostrzegasz plusy, potem też minusy, ale gdy sobie zrobisz rachunek, wyjdzie Ci, że to jest właśnie to, o co Ci chodziło.
Myślałeś kiedykolwiek o nagraniu solowej płyty?
– Ten ostatni album jest bardzo bliski temu, co chciałbym nagrać, gdybym miał się solowo udzielać. Tylko, że to, co robię w T.LOVE, to jestem ja, więc nie mam takiej potrzeby jak na przykład Kazik, żeby robić solowe akcje. A jeśli już – może bym nagrał płyte z coverami. Rolling Stones, Bob Dylan, T. Rex, The Clash, Bob Marley, Marek Grechuta, Brygada Kryzys. Grałem z różnymi zespołami klubowymi właśnie covery i gdyby doszło do nagrania albumu z polskimi tekstami, to chętnie bym w to wszedł i potraktował rozrywkowo, jak oddech między płytami T.LOVE. I chyba tylko tak. Bo czym by się różniła moja płyta solowa od płyty T.LOVE? Różnica naprawdę byłaby niewielka.
Jesteś często pytany o swoje fascynacje muzyczne, a może byś powiedział o fascynacjach poetyckich. Masz swoich ulubionych poetów?
– Oczywiście. Ja w ogóle sporo czytam, choć więcej prozy niż poezji. Jeśli chodzi o polskich poetów, to ukształtowali mnie tacy ludzie jak – może to będzie zaskoczenie – Broniewski.
Nie będzie, bo przecież śpiewasz na płycie „Broniewski” z utworami tego poety.
– Tak, ale wiadomo, że niektórzy rozideologizowani ludzie patrzą na niego wyłącznie jak na komucha. A on pisał piękne liryczne wiersze. Lubię także skamandrytów, najbardziej Tuwima. Prosty czterowers, a Broniewski miał taki karabinowy czterowers, bardzo mnie kształtował jako tekściarza, bo w T.LOVE jest zasada, żeby pisać zrozumiałym komunikatem, prosto, ale nie prostacko, tak, by liryzm mieszał się z potocznym językiem. Bardzo też cenię sobie Miłosza, szczególnie jego ostatnie przedśmiertne rzeczy. Ja w ogóle wolę wiersze starszych poetów, bo starsi poeci więcej wiedzą. Do dzisiaj, jak czytasz sonety Szekpsira, to masz ciary. Żeby dobrze pisać, trzeba coś przeżyć, zobaczyć, a młody poeta chce być zawsze szokujący. Jest wielu młodych autorów i nikt z nich mnie specjalnie nie zaskoczył. Ale jestem otwarty na młodą literaturę i poprzez „Lampę” i Dunina-Wąsowicza śledzę nowe rzeczy.
Rozmawiał: Grzegorz Kozera

