Powód do szczęścia
Rozmowa z wokalistą Krzysztofem Kiljańskim.
Jak bardzo zmieniło się Twoje życie po wydaniu album „In The Room”?
– Zmieniło się totalnie. Przede wszystkim żyję w zupełnie innym tempie niż półtora roku temu, mam mało czasu dla siebie i rodziny. Nie wiem, jak będzie wyglądał ten rok, ale mam nadzieję, że będzie dla mnie łaskawy i czasu będę miał więcej. Chociaż nie jest to powód do narzekań, bo jeżeli nie dzielę tego czasu z najbliższymi, to dzielę go z ludźmi, grając dla nich koncerty. A to powód do szczęścia dla każdego artysty.
Na stałe nadal mieszkasz we Wrocławiu?
– Tak, jestem wrocławianinem i często ludzie pytają mnie, kiedy przeprowadzę się do Warszawy. Ale jakoś mnie do stolicy nie ciągnie, pewnie dlatego, że zżyłem się z Wrocławiem. Mieszkam tam szesnaście lat i polubiłem to miasto, a nawet pokochałem. Myślę, że Wrocław ma po prostu więcej powietrza niż stolica.
Poczułeś się gwiazdą?
– Moi przyjaciele i rodzina witają się ze mną „Cześć, gwiazdo”, co w moim pojęciu brzmi trochę pejoratywnie. Nie czuję się gwiazdą. Słyszę też pytania, czy już mi sodówka odbiła? Nie. Być może gdybym miał siedemnaście lat, a nie trzydzieści dziewięć, to woda sodowa uderzyłaby mi do głowy. Z tym bagażem doświadczeń, który mam, nie grozi mi to.
Jak to się stało, że jako wokalista jazzowy nagrałeś płytę skierowaną do szerszego grona odbiorców?
– Nigdy nie byłem jazzmanem z „krwi i kości”. Byłem (i jestem) interpretatorem standardów jazzowych i bardzo się cieszę, że środowisko jazzowe dostrzegło mnie i zaakceptowało jako wokalistę. To mój wielki sukces. Jazz to taka kraina dla nielicznych, bardzo zamknięta, zahibernowana. Przynajmniej u nas tak jest, nie wiem zresztą dlaczego, bo jazz, to wspaniała muzyka. A co do płyty, jest ona zamkniętym projektem Witolda Cisło i Krzysztofa Kiljańskiego. Nigdy nie myślałem, by mając lat 37 nagle rozpocząć karierę w show biznesie. Stało się to przypadkiem. Zaczęliśmy spontanicznie tworzyć piosenki do szuflady, wyszło nam ich kilkanaście. Potem wybraliśmy dziesięć utworów, nagraliśmy płytę demo, korespondencyjnie, bo Witek mieszkał w Warszawie, a ja we Wrocławiu. Były śmieszne sytuacje, bo w piosence „Stay” na demo nagraliśmy garnki mojej żony, które robiły za bębny. Bawiliśmy się świetnie. W końcu stwierdziliśmy, że skoro nam sprawiło to radość?, może komuś jeszcze też sprawi. Puściliśmy płytę w obieg, po jakimś czasie dotarła do Kayah, która powiedziała, że chce ja wydać w swojej wytwórni. I tak ukazał się album „In The Room”.
Masz na koncie blisko dwa tysiące koncertów, solowych, z orkiestrą i różnymi zespołami. Co trzeba robić, żeby nie ulec rutynie? Chyba że ta sprawa wokalistów i muzyków nie dotyczy?
– Dotyczy, dotyczy, jednak nie znam złotego środka. Wiem natomiast, że w momencie, gdy zaczną rutynowo podchodzić do śpiewania, skończy się dla mnie poważny etap życia i wtedy prawdopodobnie zacznę się zastanawiać, czy nie sprzedawać marchewki na bazarach. To zajęcie także wymaga talentu i będzie dla mnie wyzwaniem (śmiech). Oczywiście w tej chwili łatwo mi o tym mówić, lecz tak naprawdą czas pokaże, jak będzie. Teraz nie popadam w rutyną. Wychodzę na scenę z muzykami, którzy są moim przyjaciółmi, a to bardzo ważne. Gramy ze sobą, nawzajem się lubimy i szanujemy. Na scenie bawimy się muzyk? i dźwiękami. Jeśli przestanie nas to bawić, będzie to smutny finał, punkt kulminacyjny. Nie chciałbym tego momentu dożyć.
Rozmawiał: Grzegorz Kozera
KRZYSZTOF KILJAŃSKI to wokalista, który rozpoczął swoją karierę w pierwszej połowie lat 90-tych, ale prawdziwe sukcesy zaczął odnosić niedawno, w projektach o charakterze jazzowym. Współpraca z wybitnymi polskimi jazzmanami oraz duże doświadczenie zaowocowały laurami, zdobytymi m. in. na Międzynarodowych Spotkaniach Wokalistów Jazzowych w Zamościu. Pod koniec 2003 roku niezwykły głos i talent Krzysztofa Kiljańskiego odkryła Kayah i tak doszło do podpisania kontraktu z wytwórnią Kayax, co zaowocowało pracą nad pierwszą autorską płytą Krzysztofa Kiljańskiego. Pierwszy utwór „Stay” został doceniony przez Polskie Jury Festiwalu Eurowizji 2003 i brał udział w finale polskich eliminacji do tego konkursu. Płyta „In the room” jest mieszanką nastrojowego popu, ballady, jazzu i bluesa.

