Muzyka świętych ludzi

Rozmowa z Paulem Brody, kompozytorem, wirtuozem trąbki, uznawanym za jednego z najwybitniejszych współczesnych jazzmanów.

Jesteś uważany za twórcę klezmer jazzu, nurtu łączącego dwa dość odległe w czasie i przestrzeni kierunki muzyczne. To efekt muzycznego eksperymentu czy wieloletnich doświadczeń z różnymi nurtami muzycznymi?

- Na pewno nie uważam się za twórcę klezmer jazzu, uważam, że to brzmienie powstało dużo wcześniej. Ja tylko je wykorzystałem. Ludzie, słysząc, że jest taki facet, który gra jazz, połączony z tradycyjną muzyką żydowską bardzo często pytają „jak to możliwe? to przecież dwa różne światy!”. Muzyka żydowska to muzyka z małych miasteczek Europy wschodniej, jazz to brzmienie czarnej Ameryki, tego przecież nie sposób połączyć. Tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Ale to błędne myślenie. Jak powiedziałeś przez wiele lat doświadczałem różnej muzyki – jazzu, soulu, bluesa, poznawałem i tworzyłem. Muzyka żydowska natomiast była mi bliska i znana z racji na moje pochodzenie, była we mnie po prostu od dziecka. I im dłużej zajmowałem się muzyką tym silniejsze widziałem związki pomiędzy tymi wszystkimi kierunkami muzycznymi, zacząłem dostrzegać jak mocno się przenikają, jak wiele mają ze sobą wspólnego. Sam byłem zdziwiony tym, jak wiele elementów muzyki żydowskiej, muzyki tworzonej przez klezmerów odnalazłem w jazzie. To fantastyczny materiał do badań dla muzykologów, ja jestem przekonany, że klezmerzy w swoich muzycznych wędrówkach przeszli przez cały świat i odcisnęli swój ślad nawet na jazzie. Ale nie to było głównym powodem, dla którego postanowiłem połączyć te dwa światy. To, co mnie najbardziej zachwyciło i zachwyca do tej pory to ogromna otwartość na inne kierunki jakie ma zarówno jazz, jak i muzyka żydowska. Na tym właśnie polega ich siła. Grzechem byłoby jej nie wykorzystać. Ja tylko zrobiłem to, co było naturalne.

Zauważyłeś na pewno, że muzyka żydowska zyskuje sobie w Europie coraz większe grono słuchaczy. Czy podobnie jest odbierana także w Ameryce?

- Odbieranie muzyki w Europie i za oceanem jest diametralnie różne i nie ma tu znaczenia rodzaj muzyki. Powie to każdy zespół, każdy solista, każdy muzyk, który grał i tu i tu. Jednak wzrost popularności muzyki tradycyjnej, w tym również muzyki żydowskiej jest taki sam na całym świecie. Coraz więcej młodych ludzi nad muzykę popularną, rocka, czy rap przedkłada muzykę tradycyjną, etniczną, czyli tak zwaną muzykę korzeni. I w tym ostatnim określeniu jest zawarty cały sekret jej siły. Kilkanaście lat temu cała generacja młodych ludzi na świecie została w sposób szczególny dotknięta powszechną globalizacją – świat stanął przed nimi otworem, ale ten świat zaczął być taki sam w każdym miejscu na Ziemi. Pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków zaczęło mieć problemy z określeniem własnej tożsamości, odpowiedzią na pytania „kim jestem?”, „skąd przychodzę?”, „dokąd zmierzam?”. I zaczęło bardzo mocno poszukiwać swoich korzeni, swojej tradycji. Objawiło się to zresztą nie tylko w renesansie muzyki tradycyjnej, ale i wzroście religijności. W Stanach Zjednoczonych na przykład bardzo wielu młodych ludzi wróciło do pełnej obrzędowości religii żydowskiej, mimo, iż nie pamiętali jej ich ojcowie, a często nawet dziadkowie. To właśnie oni byli pierwszymi odbiorcami odrodzonej muzyki klezmerów, z biegiem czasu stawała się ona jednak popularna również wśród ludzi innych wyznań.

Nie uważasz, że stało się tak również dlatego, że muzyka żydowska niesie w sobie pewien ponadczasowy pierwiastek świętości?

- Na pewno masz sporo racji. Muzyka ma w sobie świętość, jeśli pochodzi od świętych ludzi, a dla mnie, muzyka klezmerzy byli święci bo oddawali się czystemu tworzeniu, samej istocie muzyki. Jest też drugi poziom tej świętości – klezmerzy tworzyli muzykę dla ludzi, aby sprawiać im radość, dawać szczęście bo uznawali świętość każdego człowieka. I na pewno obcując dziś z tą muzyką odczuwa się wyraźnie siłę tej zakodowanej w niej na zawsze świętości. Jest taka bardzo znana, popularna melodia żydowska, to utwór wyłącznie instrumentalny, nigdy nie napisano do niego słów. Bo słowa hamują uczucia, przeszkadzają w odbiorze. I jak słuchasz tej melodii to czujesz jak muzyka coraz bardziej cię unosi, zaczynasz odczuwać coraz mocniej i mocniej uniesienie, wreszcie pewną, wręcz religijną ekstazę, jedność z innymi ludźmi. I to jest ponadczasowe, bo ta melodia jest znana od pokoleń. Więc co to jest, jeśli nie świętość?

Jesteś częstym gościem w Polsce, lubisz też koncertować w Europie. Czy to oznacza, że tu odnajdujesz lepszych słuchaczy niż za oceanem?

- Nie, to oznacza, że potrzebuję pracy, a u was mogę grać więcej koncertów (śmiech). A mówiąc poważnie. Masz rację, rzeczywiście bardzo lubię grać w Polsce. U was ludzie przychodzą na koncert bo lubią słuchać muzyki, bo chcą coś przeżyć, nie traktują muzyki wyłącznie jak towaru, tak jak to się często dzieje w Ameryce. Umiecie słuchać i przeżywać muzykę, umiecie się nią cieszyć. A ja, podobnie jak klezmerzy, tworzę muzykę przede wszystkim po to by dostarczyć ludziom wzruszeń i radości.

Paul Brody pochodzi z San Francisco, ale od lat mieszka w Berlinie. Znakomity trębacz, kompozytor i aranżer najczęściej koncertuje wraz ze swoim kwintetem Paul Brody’s Sadawi, który skompletował z niemieckich i amerykańskich muzyków. Jego muzyka wsparta jest na silnej bazie tradycji klezmerskiej, filozofii Martina Bubera oraz poezji i mądrościach ludowych podań chasydzkich. Brody doskonale zna muzykę klasyczną, jazz (komponował m.in. dla muzyków Duke’a Ellingtona), freejazz, soul i bluesa. Prowadzi też kilka autorskich projektów: DetoNation Orchestra, Paul Brody Octet i Tango Toy. Udziela się też jako muzyk sesyjny i koncertowy. Związany jest od lat z renomowaną nowojorską wytwórnią „Tzadki”, jego najnowszy album „Kraków – Kielce – Warszawa” ukazał się jednak nakładem polskiego wydawnictwa „Ferment”. Razem z Paulem Brody dla „Fermentu” swój album nagrali również młodzi muzycy z białoruskiej grupy „Minskers Kapelye”.

Brak komentarzy