Michel Faber, „Ewangelia ognia”, recenzja
Jeśli nie liczyć powieści „Szkarłatny płatek i biały” i nawiązującego do niej zbioru opowiadań „Jabłko”, każdą kolejną książką Michel Faber zaskakuje czytelników. Również swoim najnowszym utworem – „Ewangelią ognia” (W.A.B.), która okazuje się powieścią satyryczną i to dość ostrą.
Początek jest mylący, można by sądzić, że mamy do czynienia z thrillerem w stylu „Kodu Leonarda da Vinci”. Theo Griepenkerl – specjalista od kultury antycznej, znający język aramejski – odnajduje w muzeum w Mosulu, już po obaleniu Saddama, papirusowe zwoje. Wygląda na to, że to najcenniejsze znalezisko w historii chrześcijaństwa, gdyż zawiera tekst napisany po aramejsku przez Malchusa (pojawia się w Ewangelii św. Jana), który znał Jezusa Chrystusa i był świadkiem jego śmierci.
Mając świadomość wagi odkrycia, Theo wywozi nielegalnie zwoje z Iraku do Kanady. Marzą mu się sława i wielkie pieniądze po przetłumaczeniu i wydaniu „Piątej ewangelii” – tak bowiem tytułuje tekst, który opisuje m.in. ostatnie chwile Jezusa na krzyżu i jest to opis drastycznie różniący się od tych znanych z Nowego Testamentu.
Faber, którego „Szkarłatny płatek i biały” stał się bestsellerem, postanowił zakpić z tych wszystkich pisarzy, którzy za wszelką cenę próbują zostać autorami książkowych hitów. Przy okazji wyśmiewa wydawców i rynek wydawniczy, obrywa się także czytelnikom, bezkrytycznie albo zbyt dosłownie odczytującym oferowane im książki.
Pozostaje pytanie, na ile w „Ewangelii ognia” brytyjski pisarz jest autoironiczny? Inna sprawa, że jako autor bestsellera mógł sobie na tę autoironię pozwolić. Z pełną świadomością, że jego najnowsza książka, szydercza i kąśliwa, raczej nie zyska takiej popularności jak „Szkarłatny płatek i biały”.
Grzegorz Kozera
Patronem medialnym polskiego wydania „Ewangelii ognia” jest SalonKulturalny.pl


