Marianne Faithfull, „Easy Come Easy Go”, recenzja
Marianne Faithfull, piosenkarka, dawna muza Micka Jaggera i wielu innych renomowanych artystów, powróciła albumem „Easy Come Easy Go”. I jest to powrót udany.
Faithfull, która jako nastolatka debiutowała na brytyjskiej scenie muzycznej jeszcze w latach 60., przeszła w życiu swoje. Początki były bardzo udane: szybko zdobyła miano utalentowanej wokalistki, nagrała kilka przebojów, była bliską znajomą Stonesów, a zwłaszcza Jaggera, także Boba Dylana czy pisarza Williama Burroughsa. Ale potem było już tylko gorzej, uzależniła się od heroiny, jej domem stała się ulica, przeżyła nawet śmierć kliniczną. Od dna odbiła się dopiero, gdy 1977 roku wydała płytę „Dreaming My Dreams”, a rok później „Broken English”.
„Easy Come Easy Go”, podobnie jak poprzedni album „Before The Poison” z 2005 r., to zestaw coverów. Dobrze dobranych i mimo różnorodności gatunkowej tworzących spójną całość. Możemy usłyszeć m.in. „Down From Dover” Dolly Parton, tytułowe „Easy Come Easy Go” Bessie Smith, „Solitude” Duke’a Ellingtona, a w wersji rozszerzonej także wspaniałą pieśń „Dear God Please Help Me” i „Salvation” Black Rebel Motorcycle Club. W nagraniu, jakżeby inaczej, wsparli Faithfull świetni artyści: Nick Cave, Jarvis Cocker, Rufus Wainwright, Keith Richards, Antony Hegarty oraz syn Johna Lennona, Sean.
Marianne na nowej płycie śpiewa zmęczonym i smutnym głosem, który daleki jest od doskonałości, ale przecież przykuwa uwagę. I niezależnie, czy jest to blues, jazz, country, rock czy folk, wokalistka nadaje każdemu utworowi własny styl, który nie kojarzy się z żadną modą, bo jest niepowtarzalny. GK

