Manic Street Preachers, „Journal for Plague Lovers”, recenzja


Richard Edwards, gitarzysta walijskiego zespołu Manic Street Preachers, 1 lutego 1995 roku wyszedł z hotelu i słuch po nim zaginął. Ciała Richeya nigdy nie odnaleziono, a w ubiegłym roku gitarzysta został oficjalnie uznany za zmarłego. Teraz zaś, dzięki swoim tekstom, znów przynależy do zespołu, który wydał właśnie dziewiątą studyjną płytę „Journal for Plague Lovers”.

 

 

Muzycy z Manic Street Preachers nigdy zresztą nie zapomnieli o zaginionym koledze, a pieniądze z tytułu tantiem za kolejne płyty przekazywali na konto jego rodziców. Teraz zaś sięgnęli po niewykorzystane teksty Richeya: wiersze, haiku i słowne kolaże. Może dlatego piosenki na „Journal for Plague Lovers” nie są politycznie zaangażowane, co w końcu jest znakiem rozpoznawczym mocno lewicujących Maniców, w większości traktują natomiast o zwykłych sprawach zwykłego człowieka, tyle że sprzed piętnastu lat.

 

Muzycznie to także jest powrót do przeszłości. Płyta urzeka prostotą (ktoś mógłby powiedzieć: surowością) nagrań oraz przebojowymi melodiami, w których dominują gitary i świetny głos Jamesa Deana Bardfielda. Słuchać także sekcję smyczkową, a utwór „Williams Last Word” śpiewa basista Nicky Wire, który nie jest urodzonym wokalistą, ale robi to z przekonaniem. Wśród piosenek znajdujących się na płycie naszymi faworytami są: „Jackie Collins Existential Question Time”, „This Joke Sport Severed”, „Facing Page: Top Left” i „Doors Closing Slowly”.

 

„Journal for Plague Lovers” to bardzo dobry rockowy album. GK

Brak komentarzy