Justyna Steczkowska, „To mój czas”, recenzja


Niedawno dostaliśmy do rąk nowy krążek Justyny Steczkowskiej „To mój czas”. Justyna niczym wróżka powitała nas na okładce zabierając w kolejną muzyczną podróż – pisze w nadesłanej do nas recenzji Paweł Kuś. Jego tekst publikujemy w całości.

 

Jak wiadomo wiernym słuchaczom, Justyna na każdej swojej płycie proponuje zupełnie inny muzyczny świat. I nie jest to bieg za komercją czy nowinkami dźwiękowymi. Mieliśmy już bowiem zabawy z trip-hopem, electro, żywym instrumentarium i ostrymi dźwiękami („Dziewczyna Szamana”, „Naga”, „Dzień i noc”), piękną muzykę filmową („Na koniec świata”), poezję śpiewaną („Mów do mnie jeszcze”), żydowskie pieśni („Alkimja”), powrót do korzeni („Femme Fatale”) czy jedną z najpiękniejszych polskich, sentymentalnych podróży („Daj mi chwilę”).

Ta różnorodność przysparza jej tylu samo zwolenników, co przeciwników. W naszym kraju utarte jest, że artysta drogą obraną na pierwszej płycie powinien iść już zawsze. Justyna z tej drogi już dawno odeszła, a namiastką tego był już drugi album „Naga”, gdzie powoli zaczęła się ujawniać jaśniejsza strona artystki. Do dźwięków Justyny nie można się przyzwyczajać. Justyna zawsze jest inna. Sama otwiera się na dźwięki i tego też oczekuje od słuchaczy: by za każdym razem byli gotowi na niewiadomą.

Nowa płyta „To mój czas” to romans artystki z bitami, nowoczesnymi dźwiękami, kobiecością, zabawą i bardzo głębokimi emocjami. Ogromnym plusem tego krążka jest produkcja – dokładna, przemyślana i spójna. Płytę można podzielić na dwie części: obok pięknych ballad dostajemy porcję szybkiej muzyki. Zaczyna się niewinnie: puls, gitara, bity i do tego świetny teledysk („To mój czas”). Potem zanurzamy się w pościeli i w tle elektroniki, pianina, smyczków i smaczków chłoniemy spokojne erotyczne wyznanie („Tylko Ty znasz te zaklęcia”). „Tango” niepokoi. Przewrotny tekst: dobrze i źle, miłość i zdrada, a to wszystko opatrzone nałożonym na elektronikę akordeonem i wstawkami wokaliz Justyny. Prosty, dobry utwór i chyba jeden z kolejnych singli.

Po tym dostajemy jeden z najpiękniejszych momentów na płycie („Nieposłuszny dłoniom mym”). Zaczyna się od anielskiej wokalizy Justyny, a potem pięknym tekstem i głosem, bitami, pianinem Steczkowska prowadzi nas do baśniowego, smutnego świata. „One” to szybki utwór, bardzo kobiecy i porywający. Ot, wskakujemy z Justyną do torebki, szukamy szminki, tuszu, plotkujemy, zabieramy wieści ze świata, no i z równą szybkością z niej wyskakujemy :) „Odnajdę cię” to kolejny piękny utwór na płycie. Wysoki głos, pianino, smyczki, Bożonarodzeniowy klimat. I tekst – nie o radości, raczej o osamotnieniu, śmierci, szukaniu miłości i bliskości w życiu i poza nim.

I docieramy w końcu do jednego z najlepszych utworów nie tylko na płycie, ale i w całej karierze Justyny. „Proszę cię – skłam” – śpiewa raz cicho, a kolejny dodając już swój pazur. A temu towarzyszy pulsująca muzyka. Skaczemy, tańczymy i cali wirujemy – tak jak ten utwór. Oby był to kolejny singiel z płyty. Szkoda by było nie udostępnić go szerszej publiczności. A tuż po tym zwariowaniu siadamy z dłońmi ukrytymi w twarzy, razem z matką pytającą Boga o to, czemu pozwolił na tak tragiczny los jej córki – gwałt i śmierć („Dlaczego ty”). Piękna melodia, podwyższanie akcji poprzez wokal Justyny i świetny tekst. Steczkowska nie ocenia, nie analizuje. Pokazuje, że jest z ofiarami, że jest na świecie ktoś kto solidaryzuje się z ich tragedią.

Dalej robi się trochę mroczniej, jak w ciemnej otchłani: z elektroniką i pianinem w tle Steczkowska zadaje sobie pytanie „Kim tu jestem?”. Na tym świecie, w tym wcieleniu…. Płytę kończy pełen patosu utwór „Dom”. Pochwała dla życia codziennego, dzieci, męża, zwykłych spraw i zdarzeń okraszona skrzypcami, pianinem i błogością. Dodatkowo jako bonus track „Korytarze” z Opola 1995 roku. Obok „Fryzjerów”, „Samej”, „Mojej intymności” – jeden z najlepszych utworów stworzonych przez Justynę na długo przed spotkaniem Ciechowskiego i nagraniem pierwszej płyty.

Krążek „To mój czas” jest bardzo dobrym odzwierciedleniem osobowości Justyny. Pokazuje jej wrażliwość, radość, śmiech, miłość do życia, współczucie dla innych, otwartość i zdystansowane podejście do siebie i do świata. Minimalizm dźwięków pokazuje, że w piosence pop nie trzeba nie wiadomo jakich zabiegów, aby utwór dobrze brzmiał. Jednych może to odstraszać, innych ciekawić. Jeżeli ktoś ma ochotę na romans z electro i bitami lub po prostu chce się otworzyć na nowe dźwięki – polecam! Słabych utworów tu nie ma. Rzadko też można spotkać tak dobre połączenie nowoczesnych brzmień z tradycyjnymi instrumentami.

Paweł Kuś

Brak komentarzy