Józef Hen, „Dziennik na nowy wiek”, recenzja

Na okładce „Dziennika na nowy wiek” czytamy, że „z tą książką pod ręką należy obawiać się bezsennych nocy”. Można by to zdanie potraktować jako zabieg marketingowy (którym jest w istocie), rzecz jednak w tym, że to szczera prawda.

Józef Hen, gdy pisze o otaczającej nas rzeczywistości, gdy komentuje bieżące wydarzenia i wraca do zdarzeń minionych – robi to w sposób tak zajmujący, że trudno od jego dziennika się oderwać. Tak było w trzech tomach „Nie boję się bezsennych nocy”, nie inaczej jest w „Dzienniku na nowy wiek”, obejmującym zapiski z lat 2000-2007.

„Dziennik…” Hena jest interesujący z kilku powodów: pozwala nam obserwować proces twórczy powstawania trzech książek – „Mój przyjaciel król”, „Bruliony Profesora T.” oraz „Pingpongista”; daje nam możliwość, za pośrednictwem Hena, spotkania wielkich twórców, takich jak Różewicz, Lem, Wajda, Szymborska i wielu innych (pojawiają się też politycy, w tym dwaj prezydenci, obecny i poprzedni); wreszcie – frapujące są komentarze autora do wydarzeń współczesnych, książek i artykułów prasowych.    

Niektórzy mogą się wprawdzie zżymać, że pisarz zbyt dużo uwagi poświęca sobie, że nie wystarcza mu uznanie czytelników i narzeka, że nie otrzymuje nagród (chodzi przede wszystkim o Nike). Tylko że Hen ma do tego prawo, a dziennik jest w końcu osobistym świadectwem. Ponadto jak każdy pisarz Hen chciałby być doceniony, a jego trzy biografie „Boy-Żeleński. Błazen – wielki mąż”, „Ja, Michał z Montaigne” i „Mój przyjaciel król” z pewnością na Nike sobie zasłużyły – i tu podzielamy opinię pisarza. Zresztą Hen sam się potrafi pocieszyć: „Kiedy ma się takich czytelników jak Lem, Rózewicz, Konwicki, Kopaliński, jak dawniej Dygat i Brandys, a jeszcze dawniej Pruszyński – nie warto się przejmować, że ktoś szarpie za nogawki”.  

Grzegorz Kozera

Książka dostepna jest też jako e-book w Księgarni eClicto.

Brak komentarzy