Jim C. Hines, „Wojna goblina”, recenzja


„Wojna goblina”
to trzecia z cyklu książek Jima C. Hinesa, których bohaterem jest goblin Jig. Trzeba dodać – bohaterem z przypadku. Jigowi bowiem wszystko w życiu przydarza się całkiem przypadkowo, bez jego intencji, a najczęściej wbrew temu, co chciałby robić. Pod tym względem w niebieskim goblinie odnajdziemy pewne podobieństwa z Forrestem Gumpem, którego również życie niosło niekoniecznie zgodnie z jego wolą.

 

 

Jig to klasyczny antybohater – niezdarny, nieporadny, który żyje w zasadzie tylko dzięki sumie przypadków. No i może po trosze dzięki wsparciu dawno zapomnianego boga, którego mimowolnie stał się wyznawcą. Choć boska opieka przysparza mu tyle samo problemów i kłopotów co pożytku. Oto bowiem za sprawą dawnej wojny bogów Jig dostaje się w sam środek całkiem realnej, rzeczywistej wojny ludzi z orkami, trollami, koboldami i oczywiście goblinami. Uzbrojony jedynie w pająka, miskę, która czasem jest hełmem i zardzewiały miecz będzie musiał zmierzyć się z ludźmi, elfami, a także całą armią orków. I w żaden sposób nie może skorzystać z najlepszej strategii wojennej goblinów – ucieczki jak najszybciej i jak najdalej.  

 

Książkę Hinesa można uznać za dobrze napisaną, solidną fantastykę, przyjemną lekturę zarówno dla młodszego, jak i starszego czytelnika. Można jednak zauważyć w niej wyraźne cechy pastiszu, kpiny z pewnych elementów fantastyki, które dla wielu pisarzy stały się, niestety, standardami. Autor kpi przede wszystkim z napuszonej i patetycznej heroic fantasy. U Hinesa herosi są przede wszystkim obecni jako kupki kości, zalegające goblinie tunele, tudzież jako wspomnienie przekąski na goblinim stole. Zamiast wędrówki elfa, człowieka i krasnoluda polujących na smoki i inne kreatury, aby uratować świat, mamy rozpaczliwe i nieudane próby ucieczki goblinów, które chcą ratować własną, niebieską skórę. W książce Hines’a obrywa się także innemu gatunkowi fantastyki – splatterpunkowi, celującemu w szokowaniu obrzydliwością. W „Wojnie goblina” to, co powinno być obrzydliwe, jest wyłącznie komiczne – np. opisy kanibalizmu czy licznych okaleczeń jakim ulegają bohaterowie.

 

Czytelnik znający literaturę fantastyczną bez trudu zauważy to mruganie okiem autora i odczyta elementy gry gatunkami, zapożyczenia z klasyki, kpinę i pastisz. W książce można też wyczuć nutę specyficznego, lekko dekadenckiego humoru, przywodzącą na myśl utwory Terry’ego Pratchetta. A to bardzo dobry wzorzec.

 

Jim C. Hines jest jednym z najmłodszych twórców amerykańskiej fantastyki – goblinia trylogia to debiut trzydziestopięcioletniego dziś pisarza. Słowa uznania należą się wydawnictwu Fabryka Słów za odwagę i sięganie po tego rodzaju światowe debiuty, aby przybliżyć je polskiemu czytelnikowi. Czekamy na kolejne, równie udane, podobnie jak na kolejne książki Hinesa.

 

Dariusz Materek

Brak komentarzy