lip 30 2006
Jesteśmy radośni i ześwirowani
Rozmowa z Dżej Dżejem, basistą i wokalistą zespołu Big Cyc.
Czy przyznany Big Cycowi tytuł „Świra Roku 2006” zaspokaja Wasze ambicje, czy mierzycie wyżej?
– Świr to dla nas bardzo prestiżowe wyróżnienie, ponieważ my od wielu lat czujemy się świrami pozytywnie zakręconymi, bez których i muzyka, i polityka byłyby potwornie nudne. Często sądy i opinie błaznów są jak najbardziej rozsądne, choć to dopiero historia oceni, czy mieliśmy rację. Czy mierzymy wyżej? Medal Bohatera Związku Radzieckiego nam nie grozi, a niczego innego się nie spodziewamy. Niedawno oglądaliśmy galę wręczenia „Superjedynek” i przypominało nam to stare czasy, kiedy przez 20 lat Breżniew wręczał order Gierkowi, Gierek Honeckerowi, a Honecker z powrotem Breżniewowi. Takiej nagrody raczej nie chcielibyśmy dostać.
Podobała Wam się IV RP?
– Oczywiście, że nie, ale trudne czasy są dla naszej kapeli jak woda na młyn. Gdyby nie Radio Maryja i ojciec Tadeusz, pewnie nie byłoby płyty „Moherowe berety”, gdyby bracia Kaczyńscy nie byli bliźniakami, nie nagralibyśmy piosenki „Atakują klony”. Dynamicznie rozwijająca się sytuacja polityczna dostarcza nam codziennie tematów do piosenek i żeby być na bieżąco, musielibyśmy nagrywać nowy utwór dwa razy w tygodniu. Najsmutniejsze było dojście do wysokich stanowisk w kraju byłych skinheadów. To coś, czego się nie spodziewaliśmy.
Piosenki z Waszej płyty rzadko – jeśli w ogóle – są puszczane przez stacje radiowe. „Moherowe berety” czy „Klony atakują” łatwiej znaleźć i posłuchać w Internecie. Cenzura wróciła?
– Niestety tak. Radio i telewizja publiczna nie puszczają utworów z płyty „Moherowe berety”. Myślimy, że tkwi to w mentalu niektórych prezenterów muzycznych, którzy tak naprawdę mają naturę niewolników. Na szczęście dzięki Internetowi te piosenki są doskonale znane. „Moherowe berety” do swoich komputerów ściągnęło ponad milion internautów, „Atakują klony” niewiele mniej. Znaczenie sieci jest w tej chwili olbrzymie, rozwija się tutaj alternatywny rynek niekomercyjny – od muzyki, przez sztuki plastyczne po film. Za parę lat Internet dla całej branży muzycznej będzie koniecznością.
Zdarza się, że jesteście atakowani na koncertach za to, o czym śpiewacie?
– Raczej nie. Big Cyc to zespół punkowo-rozrywkowy, który ma bardzo dobry kontakt z publicznością. Zresztą widzimy, że widzowie mają chyba podobne poglądy do naszych, bo bawią się świetnie, śpiewają z nami piosenki, tańczą, wrzeszczą, tupią i domagają się bisów. Może spowodowane jest to tym, że jesteśmy zespołem radosnym, ześwirowanym, a społeczeństwu potrzebna jest w życiu odrobina szaleństwa…
Big Cyc istnieje od 1988 roku. W tym czasie zmienił się ustrój, ale też wielokrotnie zmieniały się ekipy rządzące. Które lata były najbardziej inspirujace dla Big Cyca?
– Każdy czas jest ciekawy, bo zawsze będą wśród nas ludzie inteligentni i debile, o których będziemy pisać piosenki. Dla nas najważniejszy jest czas realny, bo wtedy możemy naszą twórczością próbować coś zmienić. Jeżeli dzięki Big Cycowi świat będzie odrobinę lepszy, to będzie to nasz sukces…
Jakie są Wasze sympatie polityczne?
– Tajemnica…
Jak sądzicie, Polska stanie się kiedyś normalnym krajem, a Wam zabraknie tematów do tekstów piosenek?
– Na razie nic nie wskazuje na to, że mielibyśmy stać się tak nudnym krajem jak Szwajcaria, dlatego nie obawiam się o następne piosenki Big Cyca. W tym naszym słowiańskim kotle zawsze będzie ciekawie i wesoło jak w starym rosyjskim dowcipie: „Ot smieszno i straszno kak tigra jebat”.
Rozmawiał Grzegorz Kozera (gk)
