Jak Józef K.

Autobiografia noblisty Imre Kertésza

 

Imre Kertész, węgierski laureat nagrody Nobla z 2002 roku, przez lata pozostawał postacią nieznaną, także w swojej ojczyźnie. A jeśli już ktoś na Węgrzech kojarzył jego nazwisko, to jako autora błahych sztuk teatralnych niż poważnego pisarza, którego twórczość nawiązuje do dokonań Franza Kafki i Tomasza Manna.

 

Osaczony

 

Większość książek Kertésza, dzięki wydawnictwu W.A.B., jest dostępna w języku polskim. Najgłośniejsza, za którą otrzymał Nobla, to „Los utracony”. Najnowsza zaś nosi tytuł „Dossier K.” i jest wywiadem-rzeką, jaki autor przeprowadził z samym sobą. 

W każdej swojej książce, niezależnie, czy to powieść, zbiór opowiadań bądź esejów, Kertész powraca do wydarzeń ze swojego życia. Najbardziej dramatyczne, opisane w znakomitym „Losie utraconym”, rozegrały się pod koniec II wojny światowej, w latach 1944-1945, gdy piętnastoletni Kertész został deportowany z Budapesztu i uwięziony w obozach w Auschwitz i Buchenwaldzie. Ocalał, ale jego rodzina została wymordowana. Te tragiczne i bolesne przeżycia zważyły na całym dorosłym życiu i pisarstwie Kertésza. Powraca do nich również w „Dossier K.”, wywiadzie, który sam nazywa powieścią, a który tytułem nie bez przyczyny odwołuje się do Józefa K., bohatera Kafkowskiego „Procesu”. Kertész przypomina bowiem Józefa K., oskarżonego i skazanego nie wiadomo z jakiego powodu. Autor „Losu utraconego” trafił do Auschwitz, ponieważ był Żydem, chociaż on sam się nie utożsamiał się ani z religią, ani z kulturą żydowską („Żydem stałem się dzięki Holokaustowi” – mówi).

 

Również po wojnie Kertész miał prawo czuć się osaczonym; zaczął pracować jako dziennikarz, ale co podjął nową pracę, szybko ją tracił, ponieważ jego pochodzenie i poglądy nie odpowiadały władzy komunistycznej. Zdecydował poświęcić się pisarstwu, tyle że jego utwory, w tym „Los utracony”, nie były publikowane na Węgrzech. O Kertészu w rodzinnym kraju zrobiło się głośniej dopiero w latach 90. ubiegłego wieku, gdy „Los utracony” ukazał się w Niemczech. Pisarz miał już wtedy ponad 60 lat! Wcześniej, żeby nie umrzeć z głodu, tłumaczył na węgierski dzieła Nietschego, Freuda, Wittgensteina i Canettiego, pisał też sztuki dla teatrów, co określił po latach „kolaboracją” z systemem Kádára.       

 

Wiara utracona

 

Rozmawiając z samym sobą Kertész może zadać pytania, które pewnie nie odważyłby się postawić żaden dziennikarz, np. jak można żyć i pisać po piekle II wojny. Ale mówi też o swoim dzieciństwie, wspomina rodziców, którzy rozwiedli się, gdy był kilkuletnim chłopcem, macochę, której nienawidził, opowiada o życiu w przedwojennym Budapeszcie. W „Dossier K.” mówi również o swojej fascynacji prozą Alberta Camusa i Tomasza Manna, przywołuje też innych pisarzy (m.in. Borowskiego i Gombrowicza).

To mądra książka, która pomaga zrozumieć to, co się dzieje we współczesnym świecie, również w Polsce („Dobrze zorganizowana nienawiść tworzy rzeczywistość, podobnie jak może tworzyć ją miłość”). Szczególnie ważne (a dla niektórych na pewno kontrowersyjne) jest to, co Kertész mówi o utraconej wierze w Boga: „Gdyby Bóg istniał, to bym w niego wierzył”. Węgierski pisarz wyznaje także: „W ‘Losie utraconym’ – choć, mam nadzieję, także w innych moich książkach – udało mi się Auschwitz uczynić doświadczeniem powszechnym. O bankructwie Boga także muszę mówić jako o uniwersalnym doświadczeniu człowieka”. 

Można nie zgadzać się z Kertészem, ale akurat jemu nie można odmówić prawa do głoszenia podobnych sądów.

 

Grzegorz Kozera

 

Brak komentarzy