Jacques Chessex, „Wampir z Ropraz”, recenzja
Niedługa opowieść Jacquesa Chesseksa pt. „Wampir z Ropraz” jest pełna niewyobrażalnych okropieństw, ale są przynajmniej dwa powody, dla których warto ją przeczytać.
Szwajcarski pisarz i poeta (ur. 1934) przypomina autentyczną, makabryczną historię sprzed ponad stu lat. W roku 1903 na cmentarzu w szwajcarskim miasteczku dochodzi do zbezczeszczenia zwłok dopiero co pochowanej dziewczyny. Nieznany zwyrodnialec gwałci i potwornie okalecza ciało zmarłej. Podobne przypadki powtarzają się. Po okolicy błyskawicznie roznosi się wieść o wampirze z Ropraz, ludzie wpadają w panikę, domagają się szybkiego schwytania i ukarania potwora. Zatrzymywani są kolejni podejrzani, ale brakuje dowodów ich winy. Wreszcie do aresztu trafia niespełna rozumu sodomita, wykorzystywany seksualnie w dzieciństwie przez opiekunów. Mieszkańcy Ropraz żądają jego śmierci…
Czytając „Wampira z Ropraz” trudno nie zadać sobie pytania, dlaczego wybitny pisarz zainteresował się tematem, który byłby dobry dla tabloidów? Co więcej, jak na ironię, o tych wszystkich wynaturzeniach Chessex pisze stylem wykwintnym, godnym eseju np. o malarstwie.
Odpowiedź nasuwa się w trakcie lektury. W swej mikropowieści Chessex uzmysławia nam, że w ciągu stu lat, jakie upłynęły do wydarzeń w Ropraz, psychika i zachowania ludzi z małych miasteczek (i nie tylko) nie zmieniły się. W tym kontekście przypadek Fritzla z austriackiej prowincji, który przez długie lata w piwnicy więził i gwałcił swoją córkę, nie powinien dziwić. A ze Szwajcarii do Austrii i innych krajów Europy jest całkiem blisko.
I to jest pierwszy powód, dla którego warto przeczytać „Wampira z Ropraz”. A powód drugi? Całkowicie zaskakujący finał opowieści, potwierdzający, że Historia bywa ironiczną i przewrotną Panią…
Grzegorz Kozera

