cze 25 2009
Jacek Komuda, „Samozwaniec”, recenzja
1 lipca ukaże się nakładem wydawnictwa Fabryka Słów najnowsza książka Jacka Komudy, zatytułowana „Samozwaniec, tom I”. Mieliśmy okazję przeczytać ją jeszcze przed premierą rynkową i jesteśmy pewni, że będzie wakacyjnym bestsellerem. Komuda, twórca sarmackiej fantastyki historycznej, którą pokochały tysiące czytelników, prezentuje w „Samozwańcu” najwyższą pisarską formę.
„Samozwaniec” to pierwszy tom trylogii „Orły na Kremlu”, osadzonej w czasach tzw. Pierwszej Dymitriady. To jeden z najciekawszych i najbardziej tajemniczych momentów w historii Polski i Rosji w XVII wieku. W 1603 roku w dobrach Adama Wiśniowieckiego pojawił się tajemniczy człowiek podający się za cudownie ocalonego carewicza Dymitra, syna Iwana IV Groźnego. I choć w te rewelacje trudno było uwierzyć, część polskich magnatów uznała pojawienie się Samozwańca za okazję do przejęcia władzy w Rosji. Wojewoda sandomierski Jerzy Mniszech w zamian za poślubienie przez przyszłego cara swej córki Maryny zgodził się poprzeć wyprawę na Rosję. W 1604 roku ruszyła na Moskwę grupa rycerzy – awanturników, wspieranych przez Kozaków i drobną szlachtę, by wykonać pozornie szaleńcze zadanie: zdobyć Moskwę i przejąć tron carów dla Dymitra.
Jacek Komuda doskonale wykorzystał wszystkie możliwości, jakie ta wyjątkowa historia daje pisarzowi. „Samozwaniec” to znakomita powieść przygodowa, awanturnicza, z widowiskowymi pojedynkami, wybornie opisanymi scenami batalistycznymi i… miłosnymi. To, co ją wyróżnia, to całkowity brak pustego patosu czy nachalnego heroizmu. Nie znajdziemy tu szlachetnych bohaterów o wielkim sercu i równie wielkiej odwadze. Komuda postawił bowiem na prawdę historyczną, a nie literacki populizm. I choć może nas zaskakiwać czy oburzać fakt, że w XVII-wiecznym husarzu więcej było rabusia i awanturnika niż rycerza, a znaczna część szlachty przez całe życie pozostawała w stanie permanentnego upojenia alkoholowego, to tak właśnie wygląda prawda historyczna.
W „Samozwańcu” historii jest zdecydowanie więcej niż fikcji, prawdziwa jest większość postaci, opisywane miejsca, obyczaje, stroje, obrzędy, czy nawet szlacheckie opowieści i anegdoty. Trzeba przyznać, że jest to historia o wiele ciekawsza niż niejedna wymyślona fabuła. A przy tym opisana mocnym, żywym językiem, wzbogacona wyrazistymi postaciami i wartką intrygą.
Jacek Komuda z benedyktyńską cierpliwością przestudiował wszystkie pamiętniki z epoki i archiwalia, przeprowadził głębokie studia nad historią Pierwszej Dymitriady. Dzięki temu powstała książka, która jest zarówno świetnym „czytadłem”, jak i poważną publikacją historyczną.
Sam autor o „Samozwańcu” mówi tak: „Nie jest politycznie poprawnym dziełkiem, w którym bijemy się w piersi za grzechy przodków, ani pobożną, antymoskiewską agitką. Ukazuje zarówno wstrząsające okrucieństwo wojen polsko-moskiewskich, jak i posępną wielkość owych niespokojnych, ale jakże barwnych czasów, gdzie szabla i fantazja znaczyły więcej niż słowa na papierze”. Jeśli ktoś jest ciekaw, jak wyglądały naprawdę w Polsce czasy „szabli i fantazji”, powinien koniecznie sięgnąć po „Samozwańca”. My już teraz czekamy niecierpliwie na kolejne tomy „Orłów na Kremlu”.
Dariusz Materek

