sty 07 2009
Jacek Komuda, „Herezjarcha” (recenzja)
W nowej książce Jacka Komudy pt. „Herezjarcha” François Villon – słynny francuski piętnastowieczny poeta, ale też łotr i rzezimieszek, ponownie przeżywa makabryczne przygody, a na jego życie co rusz dybią nie tyle ludzie, co upiory i inne zjawy nie z tej ziemi. Dla miłośników gatunku satysfakcja gwarantowana.
Jacek Komuda jest autorem licznych awanturniczych powieści, w których historia miesza się z fantastyką. Spod jego pióra wyszły takie książki, jak „Warchoły i pijanice”, „Bohun”, „Czarna szabla”, „Diabeł łańcucki” czy „Galeony wojny”. Komuda często osadza akcję swych utworów w czasach Rzeczpospolitej szlacheckiej, zdarza się jednak, że przenosi swych bohaterów do Francji z XV wieku. Tak było w „Imieniu Bestii”, z Villonem w roli głównej, tak jest w najnowszej książce, w której znów spotykamy się z autorem „Wielkiego testamentu”.
Na „Herezjarchę”, wydaną nakładem Fabryki Słów, składają się cztery opowiadania (lub jak kto woli – mikropowieści). W „Panu z dębiny” poeta szukając zaginionych paryskich ladacznic, które pracowały dla niego, odkrywa ponurą tajemnicę, którą skrywają mury kościoła Świętego Wawrzyńca. W tytułowym opowiadaniu Villon unika wprawdzie stryczka, ale w zamian zostaje pomocnikiem kata i chcąc nie chcąc jest świadkiem i współuczestnikiem potwornych zbrodni. W „Dance Macabre” razem z Polakami broni się przed atakiem upiorów, które opanowały miasto Saarsburg. Wreszcie w ostatnim opowiadaniu „Klasztor i morze”, najłagodniejszym ze wszystkich, jako wysłannik biskupa rozwiązuje mroczną zagadkę klasztorów benedyktynów.
Dawka makabry i okrucieństw, jaką serwuje Komuda, szczególnie w dwóch pierwszych utworach, jest trudna do zniesienia, co nie zmienia faktu, że pisarz jest mistrzem w kreśleniu awanturniczych i zajmujących opowieści. Znajomości historycznych realiów także nie można mu odmówić, dzięki czemu nawet najbardziej niewiarygodne zdarzenia, których uczestnikiem jest Villon, wydają się nam nawet prawdopodobne. GK
