Green Day, „21st Century Breakdown”, recenzja

Pamiętam, jak przed pięciu laty kolega przyznał mi się, że pożyczył od dwunastoletniej córki płytę „American Idiot” Green Day. „I co, podoba ci się?” – zapytałem. „Człowieku, słucham tego bez przerwy” – odparł. Z „21st Century Breakdown” będzie podobnie, album trafia w gusta nastolatków i ich rodziców. Jest fantastyczny.
Green Day zwykło się nazywać kapelą punkrockową, ale przecież już na wcześniejszych płytach – a zwłaszcza na „American Idiot” – trio udowodniło, że udanie potrafi przełamywać ramy gatunku. Owszem, na „21st Century Breakdown” jest dużo punka i rocka, jednak znajdziemy też nawiązania do Queen, Eltona Johna, Bruce’a Springsteena, The Who, Electric Light Orchestra, a ballady „Last Night on Earth” nie powstydziliby się sami Beatlesi.
Muzycznie i tekstowo album ma wręcz operowy rozmach, osiemnaście utworów, podzielonych na trzy akty, opowiada o dwójce młodych ludzi – Christianie i Glorii żyjących w Ameryce rządzonej przez Busha. Fabuła jest przedstawiona w zmieniającym się rytmie, wszystko są to jednak chwytliwe, świetnie zagrane melodie. To jedna z najlepszych, a może i najlepsza płyta wydana na świecie w 2009 roku.
Nie trzeba więc być prorokiem, żeby przewidzieć, iż „21st Century Breakdown” trafi na czołówki list najlepiej sprzedających się płyt (w Wielkiej Brytanii już tak się stało), a Billie Joe Armstrong i koledzy znów zarobią miliony dolarów. I te pieniądze im się należą.
Grzegorz Kozera
-
Maryś.
-
Iza
-
ola

