Gejsze – motyle nocy

 Gejsze od zawsze budziły fascynację, i to nie tylko w Japonii, ale i na całym świecie. Dziś ten tak bardzo kojarzący się z Japonią zawód zanika. Nikt nie sprzedaje już kilkuletnich dziewczynek do domów gejsz. Maiko, praktykantką, może zostać dopiero kilkunastolatka, która ukończyła gimnazjum. Jak wyglądał świat gejsz? Jego znakomitym i wiernym obrazem jest film „Wyznania gejszy”, oparty na bestsellerowej książce Arthura Goldena.

 

 

 

Każdego wieczora gejsze wyfruwają niczym motyle ze swojego kokonu, by spędzać noce w herbaciarniach. Spotkania towarzyskie są czymś niezwykle istotnym w japońskiej kulturze, a obecność gejszy świadczy o statusie gospodarza. Słowo gei (wymawiane jak angielskie gay – „radość”) w języku japońskim oznacza „sztukę”. Gejsze są więc wyszkolonymi tancerkami, śpiewaczkami, instrumentalistkami, a jednocześnie dowcipnymi partnerkami w rozmowie. Śmieją się z żartów klientów, nigdy nie komentując własnych spraw, zawsze otoczone aurą tajemnicy. Jednak pod barwnym kimonem i białym makijażem kryją się kobiety z własną historią, pełną rozczarowań i marzeń – gejsza bowiem nie może sobie pozwolić na miłość.

Goldenowi udało się opisać ten fascynujący świat, a jednocześnie pokazać problemy, które są ponadczasowe i zrozumiałe na wszystkich kontynentach.

 

 

Od książki do filmu

 

Książka Arthura Goldena ukazała się w Stanach w 1997 roku i z dnia na dzień stała się bestsellerem. Zachwyciła się nią Amy Pascal, szefowa firmy produkcyjnej Sony Pictures. Zaraz po ukończeniu lektury podjęła decyzję o wykupieniu praw do ekranizacji.

Pracy nad scenariuszem podjęło się dwóch bardzo cenionych w Hollywood scenarzystów. Pierwszy z nich to Ron Bass (wyróżniony Oscarem za scenariusz do „Rain Mana” Barry’ego Levinsona), drugi – Akiva Goldman (laureat Oscara za scenariusz do „Pięknego umysłu” Rona Howarda). Reżyserią zainteresował się Steven Spielberg. – To niezwykła książka – mówił. – Prawdziwa historia miłosna, a jednocześnie opowieść o rywalizacji i próbie utrzymania przyjaźni.

Ostatecznie Spielberg wycofał się z projektu. Przyczyna tej decyzji była zaskakująca: reżyser bał się, że film, który nie ma w obsadzie żadnej hollywoodzkiej gwiazdy, poniesie klęskę. Spielberg postanowił jednak objąć funkcję producenta. Z podobnych przyczyn wycofali się Kimberly Peirce („Nie czas na łzy”) i Spike Jonze („Być jak John Malkovich”). Odważny okazał się dopiero Rob Marshall („Chicago„). – To było dla mnie wyzwanie życia – powiedział. – Historia opowiedziana w „Wyznaniach gejszy” jest mi wyjątkowo bliska.

- Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy – mówił Douglas Wick, jeden z producentów filmu – Rob opowiedział nam, jak wyobraża sobie ten film. Byliśmy zachwyceni. Rob nie boi się wprowadzać do swoich projektów własnego sposobu postrzegania świata. Od razu wiedzieliśmy, że Rob potraktuje tę książkę po swojemu, tak samo jak uczynił to ze znanym w końcu od lat musicalem „Chicago”. Podobne odczucia miał Arthur Golden, autor książki stanowiącej podstawę scenariusza: – Byłem szczęśliwy, kiedy usłyszałem, że to właśnie Rob będzie reżyserem. W końcu to on z przeciętnego musicalu, jakim było „Chicago”, uczynił dzieło sztuki!

 

Wieczór za 10 tysięcy dolarów

Pracę nad filmem Rob Marshall rozpoczął, podróżując do Kioto. Razem z ekipą spędzili tam kilkanaście dni, studiując materiały dotyczące dawnej architektury, kostiumów i zachowania gejsz. Odwiedzali liczne muzea, uczestniczyli w wiosennych festiwalach tanecznych, przyglądali się, jak wygląda charakteryzacja i ubiór maiko, początkującej gejszy. Marshall i John DeLuca, jeden z producentów wykonawczych, mieli też okazję spotkać się z Tamasaburo Bando, legendarnym aktorem teatru kabuki.

W ramach przygotowań ekipa zdecydowała się też spędzić jeden wieczór w ekskluzywnej herbaciarni Ichiriki w towarzystwie gejsz. – Koszt ich całonocnego towarzystwa wynosi około dziesięciu tysięcy dolarów – opowiadał Marshall. – Kiedy pada słowo „gejsza”, przeciętny człowiek myśli natychmiast: „prostytutka”. Nic bardziej błędnego! Owszem, podobnie jak prostytutki, gejsze noszą barwne kimona, a twarze malują na biało, ale nie są prostytutkami. Ja określiłbym je jako artystki. To prawda, że zabawiają mężczyzn, ale są też wspaniałymi tancerkami, potrafią pięknie grać na różnych instrumentach, umieją też prowadzić wyrafinowaną rozmowę.

Kolejnym krokiem było staranne skompletowanie obsady. Rob Marshall zaskoczył wszystkich, powierzając rolę głównej bohaterki aktorce z Chin, Zhang Ziyi. – Kiedy odbyła się konferencja prasowa w Kioto na temat naszego filmu – mówił Marshall – nikt nie robił z tego problemu. Zhang, choć jest Chinką, brała udział w kilku japońskich produkcjach i również na tamtejszym rynku jest gwiazdą.

- Do głównej roli przesłuchałem wiele aktorek – opowiadał dalej reżyser. – Kiedy Zhang pojawiła się na castingu, wiedziałem, że mam już moją bohaterkę. Myślę, że mój wybór stanie się zrozumiały, gdy film trafi na ekrany. Głosy zwątpienia słyszałem również wtedy, gdy powierzyłem jedną z kluczowych ról w „Chicago” Queen Latifah. Queen, znana wszystkim jako raperka i specjalistka od ról komediowych, zagrała u mnie znakomitą rolę dramatyczną, co zaowocowało nominacją do Oscara. A Zhang… Ma wrażliwość, tak potrzebną do tej roli. Kiedy nakłada makijaż na twarz, trudno określić, czy ma lat 15 czy 40. To dobrze, bo miała przecież grać zarówno piętnasto-, jak i trzydziestolatkę. Jest też niesamowitą tancerką! Rola Sayuri przekroczyłaby możliwości aktorki, która nie miałaby profesjonalnego przygotowania tanecznego.

 

Każda z trzech głównych aktorek przeszła specjalne szkolenia, zarówno z wymowy języka angielskiego, jak i z zachowania gejsz. Gejsze pracują na swe umiejętności latami, aktorki musiały je posiąść w zaledwie sześć tygodni. Dzień w dzień, od ósmej rano do późnego wieczora, grupa ekspertów wprowadzała przyszłe bohaterki w świat gejsz. Michelle Yeoh wspominała potem, że chodzenie drobnymi kroczkami weszło jej w nawyk do tego stopnia, że nie mogła się go pozbyć nawet po zdjęciach. Wszystkie trzy panie musiały też nauczyć się rytualnego sposobu podawania herbaty i wina, klękania w ciasnym kimonie, tańca, a także gry na kilku instrumentach. Gong Li powiedziała, że było to dla niej bardzo wyczerpujące zajęcie, bo nigdy wcześniej tak intensywnie nie przygotowywała się do roli. Jednak najlepiej okres prób podsumowała Youki Kudoh, grająca w filmie jedną z głównych ról: – Gejsze nie mogą poruszać się tak, jakby miały na sobie dżinsy. Są tak ograniczone, że wyrażają siebie inaczej. Trzeba się było nauczyć się nowego stylu elegancji.

 

W pracach nad filmem uczestniczyła Liza Dalby – jedyna nie-Azjatka, która pracowała kiedyś jako gejsza. Dalby, pisarka i antropolog (porównuje ona gejsze do drzewek bonsai, które są przycinane i naginane), była konsultantką Arthura Goldena przy pisaniu książki, a potem z radością włączyła się w prace nad filmem. – Pamiętam – mówiła – moje kłopoty z prawidłowym zakładaniem kimona, czy poruszaniem się odpowiednimi kroczkami. To, czego się nauczyłam, mogłam teraz przekazać aktorkom. Zaimponowało mi, w jakim tempie przyswoiły sobie moje rady. Ale najbardziej byłam zdumiona, że bez trudu nauczyły się markowania gry na shamisen. To nie jest łatwy w obsłudze instrument. Muszę dodać, że Michelle Yeoh, jako jedyna spośród wszystkich aktorek, rzeczywiście nauczyła się gry na tym instrumencie. Jej talent muzyczny jest zdumiewający i myślę, że gdyby nie została aktorką, bez trudu poradziłaby sobie w świecie muzyki.

 

Proces ubierania gejsz jest długi i skomplikowany. Aktor Thomas Ikeda, który zagrał Pana Bekku, garderobianego gejsz, pracował ze znawcą kimon, Youko Tokunagą. Uczył się krok po kroku kolejnych etapów procesu nakładania kimona (ubranie jednej gejszy trwało zazwyczaj od dwóch do czterech godzin). Marshall chciał, aby Ikeda opanował cały proces, choć tylko jego część miała być pokazana na ekranie. – Rob udzielił mi przed zdjęciami jednej, za to niezwykle istotnej wskazówki – mówił Ikeda. – Powiedział mi, że pan Bekku był prawdopodobnie synem gejszy. Zatem i ja musiałem dokładnie poznać ten świat.

 

 

Zadbać o właściwy wygląd

 

Zdjęcia rozpoczęły się 1 października 2004 roku zrealizowaną z wielkim rozmachem sceną w japońskim teatrze, z udziałem dwustu tancerek. Choreografię opracował John DeLuca, który współpracował już z Robem Marshallem przy „Chicago”. Ostatni klaps padł 1 marca 2005 roku w Kioto – zdjęcia przedłużyły się o miesiąc, głównie z powodu kłopotów z pogodą. Całkowity budżet filmu – choć nie grały w nim hollywoodzkie gwiazdy – wyniósł 98 milionów dolarów. Sporą część kosztów pochłonęły scenografia i kostiumy.

 

Pracę nad kostiumami powierzono Colleen Atwood, czterokrotnie nominowanej do Oscara (m.in. za „Jeźdźca bez głowy” Tima Burtona) i wyróżnionej statuetką Akademii za „Chicago” Roba Marshalla. – O takiej pracy marzy każdy projektant kostiumów – mówiła Atwood. – W moim przypadku przebiegała ona dwutorowo. Najpierw przez niemal rok studiowałam materiały źródłowe. Potem kupiliśmy tkaninę, z której uszyliśmy oryginalne kimona dla ośmiorga głównych bohaterów. Nim w ogóle nasi aktorzy je założyli, każdy z tych kostiumów został poddany artystycznej obróbce, zgodnie z sugestiami Lizy Dalby. Jednocześnie i ja, i moi asystenci zjeździliśmy Japonię wzdłuż i wszerz, w poszukiwaniu autentycznych kimon z epoki. Nie tylko zresztą Japonię – sporo kostiumów kupiliśmy w Kopenhadze, Londynie, Los Angeles i Nowym Jorku. A jedno z najbardziej oryginalnych kimon znalazłam w Internecie. Kupiliśmy je na aukcji od jakiegoś kolekcjonera z Rosji. Oczywiście anonimowo, gdyby bowiem sprzedający wiedział, że kostium trafi do filmu produkowanego przez Stevena Spielberga, cena byłaby znacznie, znacznie wyższa!

 

Nad wykonaniem kostiumów pracowało ponad 30 osób. Powstało 250 ręcznie wykonanych kompletów. Zadanie było tym trudniejsze, że miały to być kostiumy dla bohaterów pochodzących z różnych warstw społecznych, co wymagało wyjątkowego zróżnicowania strojów. Co ciekawe, w komplecie było nie tylko kimono, ale też bielizna osobista – zgodna z japońskimi obyczajami – która w większości przypadków ani razu nie była widoczna na ekranie.

 

 

 

Taniec olbrzymów

 

- W życiu liczą się trzy rzeczy: sumo, interesy i wojna. Zrozum jedną, a zrozumiesz wszystkie – mówi jedna z postaci filmu, Nobu, szanowany biznesmen, grany przez Kôjiego Yakusho.

Sceny zawodów sumo stały się wielkimi spektaklami, odzwierciedlającymi fascynację pana Nobu tym sportem. Salę na osiemset osób wybudowano w największej hali zdjęciowej studia Sony. Wypełniło ją tyluż statystów, ubranych w stroje z epoki. Mainoumi i Dewaarashi, którzy walczą ze sobą w filmie, są prawdziwymi supergwiazdami tego japońskiego sportu. Również filmowy sędzia jest żyjącą legendą sumo – uwielbianym przez tysiące fanów zawodnikiem, znanym na ringu pod imieniem Kimura Shonosuke.

Mainoumi, dziś popularny komentator telewizyjny, jest dowodem na to, że mniejszy mężczyzna może pokonać znacznie silniejszego. Waga Mainoumi oscylowała zawsze w okolicy 110-115 kg, dlatego walczył z zawodnikami z wyglądu znacznie od niego potężniejszymi. Choć oficjalnie w sumo nie ma żadnych ograniczeń czy kategorii wagowych, Mainoumi musiał korzystać z silikonowych implantów.

- Mainoumi jest być może najsłynniejszym zapaśnikiem sumo w historii – mówi Andrew Freund, konsultant scen związanych z sumo. – W każdym ze spotkań walczył z zawodnikiem z pozoru dwa razy potężniejszym od niego. To wielki zaszczyt, że zgodził się wystąpić w naszym filmie. 

 

 

Tajemnicze brzmienie ehru

Montażem zajął się Pietro Scalia, na co dzień stały współpracownik Ridleya Scotta, laureat Oscara za film „Helikopter w ogniu„. Muzykę skomponował John Williams, jeden z najwybitniejszych kompozytorów w historii kina, pięciokrotny laureat Oscara, 43-krotnie nominowany do tej nagrody. Do nagrań Williams zaprosił swych stałych współpracowników: skrzypka Itzhaka Perlmana i wiolonczelistę Yo-Yo Ma. Po raz pierwszy kompozytor współpracował też z Karen Han, wybitną specjalistką od gry na ehru, dwustrunowych starożytnych skrzypcach chińskich.

- Coraz rzadziej przyjmuję propozycje pisania muzyki filmowej – opowiadał John Williams. – Do pracy nad „Wyznaniami gejszy” namówił mnie Steven (Spielberg). Poczułem, że pierwszy raz od dawna mam okazję zmierzyć się z wyzwaniem, jakiego od czasów „Listy Schindlera” nie miałem okazji doświadczyć. Zależało mi, by moja muzyka jak najlepiej oddawała ducha Japonii z czasów tuż przed II wojną światową. Dlatego zdecydowałem, że muzyka nie będzie miała typowego, charakterystycznego dla produkcji hollywoodzkich rozmachu. Chciałem, by była bardzo delikatna, wręcz intymna: solo poszczególnych instrumentów z dyskretnym akompaniamentem orkiestry smyczkowej. Po raz pierwszy przyszło mi też pisać muzykę na starożytne wschodnie instrumenty. Z ehru sobie poradziłem, za to sporo trudności przysporzyło mi koto, japoński instrument strunowy. Tu miałem ograniczone pole manewru ze względu na specyficzną budowę tego instrumentu.

 

- Na każdym etapie pracy nad tym filmem przeżywałem coś magicznego – mówił Rob Marshall. – Wciąż odkrywałem nowe rzeczy, poczynając od okresu przygotowawczego, przez zdjęcia, aż po postprodukcję. A już nagrywanie muzyki do filmu było dla mnie najczystszą radością. Praca z takimi gigantami, jak John, Itzhak, czy Yo-Yo, była dla mnie kamieniem milowym w moim myśleniu o muzyce. A jeśli chodzi o sam film, myślę, że John wniósł do „Wyznań gejszy” takie barwy, jakich sam bym się nie spodziewał.

 

 

Brak komentarzy