Don DeLillo, „Performerka”, recenzja
„Performerka” – licząca niewiele ponadto sto stron powieść Dona DeLillo – to kameralna opowieść, dająca nam smak wielkiego pisarstwa, również dzięki przekładowi Michała Kłobukowskiego.
Don DeLillo jest specjalistą od diagnozowania przypadłości gnębiących współczesne amerykańskie społeczeństwo. Ale w „Performerce” pokazuje dramat jednostki nie mający nic wspólnego z wydarzeniami na skalę światową bądź krajową, a tak było w „Spadając” (atak na Word Trade Center) czy „Podziemiach” (Ameryka z czasów zimnej wojny).
Tytułowa bohaterka to 36-letnia Lauren Hartke, uprawiająca tzw. body art, czyli sztukę, w której głównym środkiem ekspresji jest ciało artysty. Kobietę poznajemy w chwili, gdy w domu na odludziu rozmawia ze swoim mężem Reyem Roblesem, niegdyś cenionym reżyserem filmowym. Niedługo potem Rey znika, a Lauren dowiaduje się, że w Nowym Jorku, w mieszkaniu pierwszej żony popełnił samobójstwo – bez wyraźnego powodu.
Po śmierci męża, Lauren wraca do starego domu, gdzie zastaje obcego mężczyznę, który wygląda na psychicznie chorego: wypowiada pojedyncze, nie mające sensu zdania. Niebawem jednak kobieta przekonuje się, że słowa, które mówi nieznajomy, to fragmenty rozmów, które prowadziła ze swoim mężem. Mężczyzna pozostaje pod opieką Lauren…
„Performerka” (wyd. Noir sur Blanc) jest opisem rozpaczy i bezradności – pozornie niedostrzegalnych, ukrytych pod skórą, maskowanych przez codzienne, zwykłe gesty. To oszczędna, ale i wspaniała narracja, w której nawet drobne szczegóły okazują się ważne.
Grzegorz Kozera


