Cormac McCarthy, „Krwawy południk”, recenzja

Jeśli można przyrównywać prozę do poezji, to „Krwawy południk” Cormaca McCarthy’ego jest poematem. Pięknym, klarownym i przerażającym. Pierwsze polskie wydanie tej powieści, uważanej za jedną z najlepszych w amerykańskiej literaturze, ukazało się nakładem Wydawnictwa Literackiego, w znakomitym przekładzie Roberta Sudoła.

 

McCarthy zaliczany jest, obok Dona DeLillo, Philipa Rotha i Thomasa Pynchona, do najwybitniejszych żyjących pisarzy amerykańskich. Z Pynchonem łączy go również skrywanie przed światem swojej prywatności. Debiutował w 1965 r., ale pierwszego telewizyjnego wywiadu udzielił dopiero w 2007 r., gdy miał 74 lata. Wtedy to Oprah Winfrey opowiedziała o jego powieści „Droga”, a o McCarthym usłyszały miliony ludzi, co przełożyło się na sprzedaż jego książek. Pozycję pisarza wzmocniły także Nagroda Pulitzera (właśnie za „Drogę”) i oscarowa ekranizacja jego powieści „To nie jest kraj dla starych ludzi”. „Droga” również została niedawno przeniesiona na ekran. Inne książki McCarthy’ego znane polskim czytelnikom to „Dziecię boże”, „Przeprawa” i „Rącze konie”.

„Krwawy południk albo wieczorna łuna na zachodzie” ukazał się w Stanach w 1985 r., lecz do tej pory nie został sfilmowany. I pewnie nie zostanie. Dantejskich scen jest tu bowiem tak dużo, że westerny Peckinpaha i Eastwooda przy powieści McCarthy’ego są bajkami dla grzecznych dzieci. Przywołuję westerny, bo akcja „Krwawego południka” rozgrywa się na pograniczu amerykańsko-meksykańskim w połowie XIX wieku. W ujęciu McCarthy’ego mityczny Dziki Zachód jest piekłem, usłanym trupami ludzi i zwierząt, piekłem, gdzie niemal każdy zabija każdego, kogo spotka na swej drodze, a barbarzyństwo i bestialstwo są tak powszechne, że aż wydają się normalne. 

Motyw wędrówki często przewija się w powieściach amerykańskiego pisarza, podobnie jest w „Krwawym południku”, gdzie kilkunastu Amerykanów przemierza Teksas i Meksyk, by zdobyć indiańskie skalpy. Skalpują jednak nie tylko Apaczów, również Meksykan, Białych, starców i dzieci. W bandzie, dowodzonej przez Glantona, są czternastoletni chłopak, nazywany dzieciakiem, oraz sędzia Holden, będący uosobieniem wszelkiego zła (jeśli esesmani mieli przodków na Dzikim Zachodzie, to był wśród nich wykształcony, cyniczny i bezwzględny Holden). Bandytów nie łączy żadne braterstwo ani przyjaźń, zabijanie nie wywołuje w nich żadnych emocji. Wobec śmierci pozostają obojętni.                                        

Nagromadzenie obrazów przemocy, okrucieństwa i straszliwych rzezi dokonywanych przez Białych czy Indian może początkowo odstręczać, ale z czasem czytelnik… przyzwyczaja się do scen rodem z najgorszych koszmarów. Dzieje się tak z sprawą niezwykłego języka McCarthy’ego, nasyconego metaforami, pełnego biblijnych aluzji. To połączenie bestialstwa i piękna daje niesamowity efekt; jest zupełnie tak jakby Mozart napisał operę ilustrowaną obrazami Boscha. Zachwyt miesza się z przerażeniem.       

Grzegorz Kozera

3 komentarzy

  • Tomek

    No nie wiem, Szanowni Państwo, jakoś wszystkich zachwyca a mnie nie zachwyca :)

    Powieść jest zwyczajnie NUDNA. Autor przeplata opisy gwałtów poetyckimi (czasem pseudopoetyckimi, trącącymi o grafomanię) opisami przyrody, w efekcie mamy rzeź, zachodzące krwiste słońce, rzeź, bezmiar przestrzeni, rzeź, łąka usłana kwiatami, rzeź i tak przez 400 stron.

    Po drugie, charakterystyczny styl pisania McCarthy’ego z pewnością poruszy osobę, która po powieść jego autorstwa sięga po raz pierwszy. Na mnie, mającym za sobą lekturę „Drogi” i „Dziecięcia bożego” już nie robi takiego wrażenia.

    Po trzecie, moim zdaniem autor zbyt często epatuje przemocą dla samego epatowania, kolejne opisy brutalnych praktyk niczego nie wnoszą do powieści. Nie wiem, jak faktycznie wyglądało życie w XIX wieku na Dzikim Zachodzie, ale przedstawiony w opowieści świat jawi mi się jako ZBYT brutalny, a przez to nieprawdziwy.

    Na pewno po lekturze „Krwawego południka” możemy mówić, że mocna, że szarpiąca nerwy, ale żeby zaraz „arcydzieło”?

    Tak się wyłamałem z powszechnych ocen, ze aż się boję reakcji :) Ale czekam na opinie innych internautów.

  • http://www.salonkulturalny.pl gk

    Panie Tomku, akurat to, co się Panu wydaje nieprawdziwe, jest prawdziwe. Banda Glantona istniała w rzeczywistości i jej okrucieństwa McCarthy nie musiał wymyślać, ona naprawdę była okrutna. McCarthy i grafomania? Odważny zarzut, ale zupełnie się z nim nie zgadzam. Dla mnie „Krawawy południk” jest arcydziełem, tak jak „Droga” i „Dziecię bożę”, o których Pan wspomina.
    Pozdrawiam
    Grzegorz Kozera

  • Fabrizio

    dużym nadużyciem jest określanie książek McCarthego arcydziełami (informacja również na okładce książki), literatura przyzwoita, dobrze przetłumaczona, ale pusta, w „Drodze” McCarthy był bardziej sprawny, może nieświadomie lepiej czuje się w krótkiej formie…

    prawdziwym dziełem jest przebrnięcie przez to „arcydzieło” gdzie wszędzie roi się od opuncji, żeby czytelnik nie miał watpliwości że przebywa na pustyni