kwi 07 2009
Chris Cornell, „Scream”, recenzja
Większość krytyków nie zostawiła suchej nitki na Chrisie Cornellu i jego nowej płycie „Scream”. Ale jak na ironię, album świetnie się sprzedaje, przynajmniej w USA, gdzie szybko trafił do pierwszej dziesiątki listy „Billboard 200”.
Chris Cornell, wokalista o mocnym głosie, zapamiętany został przede wszystkim z występów w Soundgarden i Audioslave, a więc zespołach na pewno nie kojarzonych z lekkim, popowym i tanecznym brzmieniem. Tymczasem płyta „Scream”, którą Cornell nagrał we współpracy z najbardziej znanym na świecie obecnie producentem Timbalandem, musiała zaszokować fanów rockowego wokalisty. Obaj artyści zaserwowali słuchaczom dużą dawkę popu i dance’u, a świetny głos Chrisa został tutaj przytłoczony nadmiarem banalnych i plastikowych dźwięków.
Oczywiście, trzeba przyznać, że płyta jest perfekcyjnie zrealizowana i jeśli Cornellowi zależało na komercyjnym sukcesie, to może czuć się usatysfakcjonowany. Jego utwory sięgnęły parkietu, a otwierający album utwór „Part Of Me” ma ogromną szansę zostać przebojem dyskotek (może już jest). Pozostałe kawałki również nie są na straconej pozycji. GK


„Duża dawka popu i dance’u”??? Pani lub panie GK, toż to prymitywne umpa upma na syntezatorze marki Casio
Ta „płyta” nie zasługuje na napisanie choćby słowa na jej temat. Lepiej spuścić zasłonę milczenia.
Zabawne, bo mam zupełnie inne odczucia. Fantastyczny, fantastyczny głos. Przesłuchuję po raz kolejny, płyta jest spójna, muzyka zabawna, porywająca.
Spokojnie. Każdy się zmienia i rozwija. To chyba bardzo dobrze, że staramy się eksplorować nowe szlaki. Co do Cornella i jego nowej płyty. Choć jestem wychowany na muzyce rockowej, to nie mam tak radykalnych poglądów jak rademenes. Przesłuchuję płytę kolejny raz i znajduję w niej coraz więcej pozytywnych wibracji.