Chris Cornell, „Scream”, recenzja

Większość krytyków nie zostawiła suchej nitki na Chrisie Cornellu i jego nowej płycie „Scream”. Ale jak na ironię, album świetnie się sprzedaje, przynajmniej w USA, gdzie szybko trafił do pierwszej dziesiątki listy „Billboard 200”.

 

 

Chris Cornell, wokalista o mocnym głosie, zapamiętany został przede wszystkim z występów w Soundgarden i Audioslave, a więc zespołach na pewno nie kojarzonych z lekkim, popowym i tanecznym brzmieniem. Tymczasem płyta „Scream”, którą Cornell nagrał we współpracy z najbardziej znanym na świecie obecnie producentem Timbalandem, musiała zaszokować fanów rockowego wokalisty. Obaj artyści zaserwowali słuchaczom dużą dawkę popu i dance’u, a świetny głos Chrisa został tutaj przytłoczony nadmiarem banalnych i plastikowych dźwięków. 

 

Oczywiście, trzeba przyznać, że płyta jest perfekcyjnie zrealizowana i jeśli Cornellowi zależało na komercyjnym sukcesie, to może czuć się usatysfakcjonowany. Jego utwory sięgnęły parkietu, a otwierający album utwór „Part Of Me” ma ogromną szansę zostać przebojem dyskotek (może już jest). Pozostałe kawałki również nie są na straconej pozycji. GK                                          

3 komentarzy

  • rademenes

    „Duża dawka popu i dance’u”??? Pani lub panie GK, toż to prymitywne umpa upma na syntezatorze marki Casio :D Ta „płyta” nie zasługuje na napisanie choćby słowa na jej temat. Lepiej spuścić zasłonę milczenia.

  • semenedar

    Zabawne, bo mam zupełnie inne odczucia. Fantastyczny, fantastyczny głos. Przesłuchuję po raz kolejny, płyta jest spójna, muzyka zabawna, porywająca.

  • ja

    Spokojnie. Każdy się zmienia i rozwija. To chyba bardzo dobrze, że staramy się eksplorować nowe szlaki. Co do Cornella i jego nowej płyty. Choć jestem wychowany na muzyce rockowej, to nie mam tak radykalnych poglądów jak rademenes. Przesłuchuję płytę kolejny raz i znajduję w niej coraz więcej pozytywnych wibracji.