Chris Cornell, „Scream”, recenzja
Większość krytyków nie zostawiła suchej nitki na Chrisie Cornellu i jego nowej płycie „Scream”. Ale jak na ironię, album świetnie się sprzedaje, przynajmniej w USA, gdzie szybko trafił do pierwszej dziesiątki listy „Billboard 200”.
Chris Cornell, wokalista o mocnym głosie, zapamiętany został przede wszystkim z występów w Soundgarden i Audioslave, a więc zespołach na pewno nie kojarzonych z lekkim, popowym i tanecznym brzmieniem. Tymczasem płyta „Scream”, którą Cornell nagrał we współpracy z najbardziej znanym na świecie obecnie producentem Timbalandem, musiała zaszokować fanów rockowego wokalisty. Obaj artyści zaserwowali słuchaczom dużą dawkę popu i dance’u, a świetny głos Chrisa został tutaj przytłoczony nadmiarem banalnych i plastikowych dźwięków.
Oczywiście, trzeba przyznać, że płyta jest perfekcyjnie zrealizowana i jeśli Cornellowi zależało na komercyjnym sukcesie, to może czuć się usatysfakcjonowany. Jego utwory sięgnęły parkietu, a otwierający album utwór „Part Of Me” ma ogromną szansę zostać przebojem dyskotek (może już jest). Pozostałe kawałki również nie są na straconej pozycji. GK
-
rademenes
-
semenedar
-
ja


