Artur Baniewicz, „Kisuny” (recenzja)
Artur Baniewicz (ur. 1963), znany z takich utworów, jak „Drzymalski przeciw Rzeczpospolitej” „Dobry powód, by zabijać” i „Afrykanka”, to specjalista od powieści fantasy i political fiction. Jego najnowsza książka „Kisuny” mieści się w tym drugim gatunku.
Rzecz się dzieje w niedalekiej przyszłości – w obwodzie kaliningradzkim powstaje samozwańcza republika Sambia, co oczywiście sprawia, że dochodzi do wojny między rebeliantami a Rosją. Niewiele jednak brakuje, by lokalny konflikt rozprzestrzenił się na inne kraje. Najbardziej zagrożona jest Polska, tym bardziej że w dawnym PGR o nazwie Kisuny na północno-wschodnich terenach naszego kraju, ukrywają się kobiety, na których z różnych powodów zależy Rosjanom. Zapobiec światowej wojnie mogą jedynie Janusz Krechowiak, który opowiada nam tę historię, i piękna pani porucznik.
Powieść Baniewicz, jak zwykle napisana z rozmachem (liczy 550 stron), zawiera sporo odniesień do postaci i wydarzeń z rodzimego życia politycznego, przez co jej fabuła staje się jeszcze bardziej wiarygodna.
GK

