Arnaldur Indridason, „W bagnie”, recenzja

„W bagnie” to bardzo czarny kryminał, w którym trup nie ściele się gęsto, za to straszna jak senny koszmar przeszłość wpływa na dzisiejsze postępowanie bohaterów. Premiera książki 17 czerwca 2009 r.

 

 

Autora „W bagnie”, islandzkiego pisarza Arnaldura Indriđasona, porównuje się niekiedy ze szwedzkim mistrzem kryminału Henningiem Mankellem. Owszem, można dostrzec pewne podobieństwa: komisarz Erlendur Sveinsson jest samotnikiem jak Mankellowski policjant Kurt Wallander, obaj są w średnim wieku, tak samo nie może dogadać się z dorosłą córką, czasami konsultuje swoje decyzje z podwładnymi, choć lubi też działać na własną rękę. Ale zarazem, jeśli oceniać po samym „W bagnie”, u Indriđasona nie ma seryjnych morderców, w których gustuje Mankell, a intryga kryminalna jest raczej pretekstem do ukazania mrocznych zakątków islandzkiej duszy.     

 

Jeszcze niedawno Islandia wydawała się krajem mlekiem i miodem płynącym, a jej mieszkańcy – szczęśliwymi ludźmi. Obecny kryzys gospodarczy pokazał, że islandzki dobrobyt był palcem na wodzie pisany, a Indriđason już wcześniej przekonywał w swoich książkach – i „W bagnie” do nich należy – że Islandczykom daleko do szczęśliwości.  

 

Powieść zaczyna się od morderstwa – znalezione zostają zwłoki siedemdziesięcioletniego Holberga. Mężczyzna zginął we własnym mieszkaniu w Reykjaviku. Zabójca uderzył go w głowę ciężką popielniczką, a przy zwłokach zostawił kartkę z dziwnym napisem, którego treść czytelnik nie pozna od razu. Prowadzący śledztwo komisarz Erlendur wkrótce dowie się, że Holberg był wyjątkowo paskudnym typem. Czterdzieści lat wcześniej oskarżony został o gwałt, jednak śledztwo umorzono. Kobieta, którą miał zgwałcić, urodziła córeczkę. Mając kilka lat dziewczynka zmarła z powodu tajemniczego guza w mózgu, jej matka niedługo po tym popełniła samobójstwo.        

 

Żeby rozwiązać zagadkę zabójstwa Holberga, komisarz będzie musiał się cofnąć do lat 60. i 70. ubiegłego wieku i spotkać się z ludźmi, których życie, dosłownie i w przenośni, zamieniło się w bagno. Zresztą, córka policjanta też tkwi w bagnie, uzależniona jest od narkotyków. Akcja powieści rozgrywa się jesienią, ciągle pada zimny deszcz, kilka razy razem z Erlendurem odwiedzamy cmentarze i  kostnice. Ale to nie tylko dlatego klimat książki jest depresyjny; bardziej przerażają zło i krzywda wyrządzona ludziom. W zakończeniu kryminalna zagadka zostaje rozwiązana, lecz happy end nie jest możliwy. Mimo to autor zostawia nam odrobinę nadziei. 

 

Urodzony w 1961 Arnaldur Indriđason (jest synem pisarza Indridi G. Porsteinssona) debiutował w 1997 roku. Jest autorem jedenastu powieści, w tym ośmiu kryminałów. „W bagnie” (wyd. oryginalne 2000) to pierwsza jego książka opublikowana po polsku. Wydawnictwo W.A.B. przygotowuje już następną, która sądząc po angielskim tytule – „Silence of the Grave”, będzie równie mroczna jak „W bagnie”. Jeśli nie bardziej.  

 

Grzegorz Kozera

Patronem medialnym polskiego wydania „W bagnie” jest salonkulturalny.pl

3 komentarzy

  • Michał

    Polecam, polecam!

    lubię Mankela i dlatego skusiłem się na kupienie książki autora, który miał mieć podobny styl. Powiem szczerze, nie zawiodłem się:) Ksiazka jest mroczna, czasami aż straszna, ale przede wszystkim wciągajaca. Świeżynka na rynku, ktora od razu trafia w pierwsza dziesiatke skandynawskich lektur.
    Strrrrrach… ;)

  • Anieczka

    Właśnie jestem po lekturze tego kryminału i muszę stwierdzić, że książka jest SUUUUPER. Widać, że autor, historyk zna się na rzeczy i zarówno policyjne jak i życiowe sprawy opowiada zwięźle i ciekawie.
    Końcówka książki trudna do przewidzenia, zaskakująca. Mnie urzekły poza tym młodzieżowe dialogi Erlendura z corką Evą Lind :) dżizus :)

  • Alodia

    Czytałam niekiedy z dreszczem na plecach. Nie było to miłe uczucie. Jeśli ktoś lubi zanurzyć się w bagnie niech czyta. Ja teraz potrzebuję czegoś jasnego i pozytywnego.