Ann Patchett, „Belcanto” (recenzja)
Ciekawe, czy do napisania powieści „Belcanto” zainspirowało Ann Patchett dramatyczne zdarzenie sprzed 13 lat, gdy ambasadę Japonii w Limie na kilka miesięcy zajęli terroryści z Ruchu Rewolucyjnego im. Tupaca Amaru? Możliwe, że tak, choć historia z książki amerykańskiej pisarki przybiera inny obrót niż ta, która zdarzyła się naprawdę.
W „Belcanto” jesteśmy w jednym z krajów południowoamerykańskich. Odbywa się przyjęcie na cześć japońskiego biznesmena Hosokawy, za chwilę odbędzie się recital słynnej śpiewaczki Roxane Cross, którą Japończyk uwielbia. Miły nastrój zostaje jednak brutalnie przerwany, gdy do rezydencji wdzierają się terroryści, mający plan porwania prezydenta. Ale ten nie zjawił się na przyjęciu, został w domu, żeby obejrzeć kolejny odcinek ulubionej telenoweli. Terroryści zajmują więc budynek, a goście stają się zakładnikami.
Dalej następuje coś, co można by określić syndromem sztokholmskim: między porywaczami a uwięzionymi rodzi się mocna więź, a w niektórych przypadkach można mówić nawet o miłości (w ambasadzie japońskiej w Peru czegoś takiego nie było i to jest zasadnicza różnica). Finał w „Belcanto” jest zaskakujący, zarówno dla bohaterów powieści, jak i czytelników.
Ann Patchett (ur. 1963) urodziła się w Los Angeles, ale od dzieciństwa mieszka w Nashville. W Polsce ukazały się dotychczas jej dwie powieści, „Asystentka magika” i „Biegnij”. „Belcanto” jest czwartą i najczęściej nagradzaną powieścią Patchett – m.in. prestiżową nagrodą Faulknera i Orange Prize.

