„Wrota” dla dzieci i dorosłych też
„Wrota” – powieść Johna Connolly’ego, autora poruszającej „Księgi rzeczy utraconych”, adresowana jest niby do dzieci, lecz tak naprawdę mogą ją przeczytać również dorośli. I niewykluczone, że spodoba im się bardziej niż małym czytelnikom. Jeśli nie wierzycie, przeczytajcie poniżej fragment, który dostaliśmy do wydawnictwa Niebieska Studnia.
Powieść Connolly’ego jest historią jedenastoletniego Samuela, który wraz z nieodłącznym jamnikiem, jest przypadkowym świadkiem seansu magii, który spowodował uchylenie wrót do Piekła. Jak się okazuje, z wypadkiem tym mieli też wiele wspólnego naukowcy, którzy nie do końca umiejętnie zderzali ze sobą cząstki w Wielkim Zderzaczu Hadronów. Teraz tylko kilka dni dzieli ludzkość od zagłady, albowiem, gdy wrota całkowicie się otworzą, naczelny demon Piekła, Jego Złowrogość, przejmie władzę nad naszym światem.
Niestety z powagi sytuacji zdaje sobie sprawę tylko Samuel, a wszelkie próby uzyskania pomocy dorosłych palą na panewce, no bo kto uwierzy w cokolwiek chłopcu, który twierdzi, że na główce od szpilki tańcują anioły?
„Wrota” – fragment powieści
Rozdział piąty
w którym poznajemy Głumba, który nie budzi aż tak wielkiej grozy,
jakby sobie tego życzył, i ma o wiele większego pecha
Głumb, Dopust Pięciu Bóstw, siedział na pozłacanym tronie, u którego stóp leżał jego wierny sługa Piołun, spoglądał na rozciągające się przed nim królestwo i ziewał.
– Znudzony, Wasza Dopustowość? – spytał Piołun.
– Tak się składa – odparł Głumb – że nie posiadam się z emocji. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz aż tak się czymś ekscytowałem.
– Naprawdę? – powiedział Piołun z nadzieją i w nagrodę za swój trud dostał po łbie Głumbowym Sceptrem Straszliwej i Przeraźliwej Mocy.
– Nie, ty durna pało – warknął Głumb. – Oczywiście, że jestem znudzony. A mam jakieś inne wyjście?
Pytanie było ze wszech miar zrozumiałe, ponieważ Głumb nie przebywał w szczególnie optymistycznym otoczeniu. Można nawet powiedzieć, że miejsce, w którym przebywał Głumb, było tak dalekie od wszelkiego optymizmu, że gdyby nawet ktoś bardzo długo szedł – całe wieki i tysiąclecia – nie spotkałby miejsca, które byłoby choćby Odrobinkę Mniej Pesymistyczne.
Na królestwo Głumba, Nieużytek, składała się mila kwadratowa usiana płaskimi szarymi głazami, jednostajna i przewidywalna, jeśli nie liczyć paru zabłąkanych kamieni o ciut mniej szarym odcieniu i kilku kałuż kleistej, bulgoczącej, czarnej brei. Na horyzoncie bura barwa skały zbiegała się ze stalowoszarym niebem, rozświetlanym od czasu do czasu błyskawicami, którym nie towarzyszyło jednak ani echo grzmotu, ani zapowiedź deszczu.
Nie było to nawet królestwo jako takie. Głumb, Dopust Pięciu Bóstw, został tam zesłany za to, że był – jak wskazywał jego przydomek – Dopustem, chociaż natura przewinień Głumba budziła pewne wątpliwości.
Przydomek Dopust Pięciu Bóstw, który Głumb sam dla siebie wykoncypował, odpowiadał w zasadzie prawdzie. Głumb zalazł za skórę pięciu różnym demonicznym istotom, chociaż cała piątka była pośledniejszego sortu: Schwellowi, Demonowi Niewygodnych Butów; Fujsowi, Demonowi Odrażających Rzeczy Znajdowanych w Odpływie Wanny Podczas Sprzątania; Grahamowi, Demonowi Zleżałych Herbatników i Krakersów; Janowi Marii, Demonowi Imion Niepasujących Mężczyznom; i ostatniemu i prawdopodobnie najmniej ważnemu, Chenrykowi, Demonowi Byków Ortograficznych.
Głumb był dla tych indywiduów nie tyle Dopustem, ile małym utrapieniem, czymś w rodzaju muchy brzęczącej na szybie w letni dzień albo ciastka, na które narobiliśmy sobie apetytu, a które podane na podwieczorek okazało się za sprawą demona Grahama zatęchłe w smaku i pokryte kurzem. Koniec końców, ponieważ Głumb nie chciał się od nich odczepić i nieustannie krzyżował im plany, piątka bóstw złożyła odwołanie do adiutanta Jego Złowrogości i w ten oto sposób Głumb stał się panem na niezbyt-interesujących-włościach położonych w bliżej-nieokreślonym-miejscu, gdzie nie było zbyt-wiele-do-roboty, a chcąc poprawić sobie samopoczucie, nazwał swoje nowe terytorium królestwem. Ponieważ mogłaby mu dokuczać samotność, razem z nim zesłano tam jego wiernego sługę Piołuna, co ten ostatni uznał za nieco krzywdzące, ponieważ nie zrobił w sumie nic złego, poza tym, że nie wykazał się zapobiegliwością, wybierając sobie pracodawcę.
Jego Złowrogość nie był tak do końca pozbawiony litości (ani też poczucia humoru), ponieważ uznał za stosowne wyposażyć Głumba w lekko używany tron i poduszkę dla Piołuna, jak również pudełko, w którym Głumb mógł przechowywać rozmaite rzeczy, które okazałyby się nieprzydatne podczas długich lat banicji. I tak Głumb i Piołun tkwili razem na jakimś straszliwym pustkowiu, jeśli nie od zawsze, to od dłuższego czasu. Nigdy nie mieli sobie zbyt wiele do powiedzenia. A teraz nawet mniej.
Piołun rozcierał głowę w miejscu, gdzie wyrósł mu nowy guz, urozmaicając i tak już pokaźny zbiór wybrzuszeń pokrywających jego nieforemną czaszkę, i nie po raz pierwszy pomyślał, że Głumb, Dopust Pięciu Bóstw, to raczej kawał skurczybyka.
Głumb, nieświadom Piołunowych resentymentów, ziewnął raz jeszcze i natychmiast zniknął.
Przekład: Elżbieta Gałązka


