„W bagnie” – publikujemy pierwszy rozdział
Za dwa tygodnie – 17 czerwca 2009 – do księgarń trafi opublikowana przez W.A.B. mroczna powieść kryminalna islandzkiego pisarza Arnaldura Indridasona pt. „W bagnie”. A u nas dzisiaj prapremiera – publikujemy fragment książki. Patronem medialnym jej polskiego wydania jest Salon Kulturalny.
Akcja „W bagnie” rozgrywa się w Reykjaviku w 2001 r. Głównym bohaterem jest Erlendur Sveinsson, policjant w średnim wieku. Oto pierwszy rozdział powieści, mamy nadzieję, że zachęci Was do przeczytania całości:
„W bagnie” – fragment:
Słowa zostały napisane ołówkiem na kartce, którą następnie porzucono na zwłokach. Trzy słowa, niezrozumiałe dla Erlendura.
Denat był mężczyzną około siedemdziesiątki. Leżał na prawym boku na podłodze przy kanapie w niewielkim saloniku, ubrany w niebieską koszulę i jasnobrązowe wytarte sztruksowe spodnie. Na nogach miał kapcie. Włosy, niemal całkiem siwe i lekko przerzedzone, teraz zlepione były krwią z dużej rany na głowie. Obok zwłok spoczywała sporych rozmiarów zakrwawiona szklana popielniczka o ostrych kantach. Stolik leżał do góry nogami.
Zdarzenie miało miejsce w suterenie piętrowego murowanego domu na podmokłych terenach dzielnicy Nordurmyri. Dom stał w ogrodzie otoczonym z trzech stron kamiennym murem. Liście z drzew opadły i gęstą warstwą pokrywały ziemię, a konary wyciągały się drapieżnie w kierunku czarnego nieba. Do garażu prowadził szutrowy podjazd. Funkcjonariusze policji śledczej w Reykjaviku wciąż jeszcze podjeżdżali pod dom. Poruszali się bezszelestnie niczym duchy w starym zamczysku. Przybywszy na miejsce, czekali na lekarza okręgowego, który miał wystawić świadectwo zgonu. Znalezienie zwłok zgłoszono jakiś kwadrans wcześniej. Erlendur zjawił się tu jeden z pierwszych. Lada chwila spodziewał się przybycia Sigurdura Oliego.
Październikowy mrok rozciągał się nad miastem, zacinał deszcz, gnany jesienną wichurą. Ktoś włączył w salonie lampkę stołową, która rzucała mdłe światło na otoczenie. Poza tym nikt tutaj niczego nie dotykał. Ekipa techniczna montowała na statywie reflektory, mające oświetlić mieszkanie. Erlendur obejrzał półkę z książkami, wytarty komplet wypoczynkowy, stół, stare biurko w kącie, dywan na podłodze, plamy krwi na dywanie. W głębi salonu znajdowały się drzwi do kuchni i drugie, prowadzące do holu, a stamtąd do malutkiego korytarza, skąd wchodziło się do dwóch pokoi i toalety.
Policję zawiadomił sąsiad z parteru. Odebrał dwóch synów ze szkoły, wrócił do domu i zdziwił się bardzo na widok otwartych na oścież drzwi sutereny. Zajrzał do mieszkania sąsiada i zawołał go. Nie doczekał się odpowiedzi. Nieśmiało wszedł do środka, jeszcze raz zawołał i znów odpowiedziała mu cisza. Wprawdzie mieszkali nad sąsiadem już kilka lat, lecz nie znali dobrze staruszka z sutereny. Starszy syn, dziewięcioletni, nie był tak ostrożny jak ojciec, i zanim ten się zorientował, już zniknął w salonie. Po chwili wyszedł i oznajmił, że w środku jest trup. Niespecjalnie się tym przejął.
– Za dużo filmów oglądasz – rzekł ojciec. Wszedł do mieszkania i zobaczył sąsiada leżącego w kałuży krwi.
Nazwisko denata widniało na tabliczce przy dzwonku. Żeby nie wyjść przed ekipą na dyletanta, Erlendur włożył cienkie gumowe rękawiczki i dopiero wtedy wygrzebał jego portfel z marynarki wiszącej na wieszaku w przedpokoju. Znalazł jego zdjęcie na karcie płatniczej. Zabity miał na imię Holberg, liczył sobie sześćdziesiąt dziewięć lat. Zmarł na miejscu. Najprawdopodobniej został zamordowany.
Erlendur chodził po mieszkaniu, zadając sobie podstawowe pytania. W końcu na tym polegała jego praca. Badać to, co oczywiste. Tym, co niewidoczne, zajmował się pion techniczny. Erlendur nie zauważył żadnych śladów włamania ani na oknach, ani na drzwiach. Na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że właściciel wpuścił napastnika. Sąsiedzi weszli zmoknięci i zostawili wiele śladów w przedpokoju i salonie. Napastnik musiał zrobić to samo. Chyba że w drzwiach zdjął buty. Erlendur sądził jednak, że w takiej chwili raczej o tym nie myślał. Technicy przywieźli sprzęt umożliwiający zebranie najmniejszych drobinek i pyłków, mogących dostarczyć jakichś poszlak. Szukali odcisków palców i drobinek z obuwia, czegokolwiek, co byłoby tu obce. Czegoś, co przyniosło tu śmierć.
Erlendur zauważył, że właściciel mieszkania nie przyjął gościa serdecznie – nie poczęstował go kawą. Ekspres w kuchni najwyraźniej nie był używany w ciągu ostatnich godzin. Nie było też śladów picia herbaty, a wszystkie filiżanki pozostawały w kredensie. Szklanek także nikt nie ruszał. Denat musiał być pedantem. Wszystko równo poustawiane. Może nie znał napastnika zbyt dobrze. Może ten zaatakował go, gdy tylko drzwi się otworzyły. Nie zdejmując butów.
Czy można zamordować w skarpetkach?
Erlendur rozejrzał się i postanowił uporządkować myśli.
Tak czy owak, gość się śpieszył. Nie zadał sobie trudu, by zamknąć za sobą drzwi. Zaatakował nagle, bez ostrzeżenia. W mieszkaniu nie było śladów walki. Wyglądało na to, że denat od razu runął na podłogę, wywracając stolik. Na pierwszy rzut oka niczego tu nie ruszano. Erlendur nie zauważył żadnych śladów plądrowania. Wszystkie szafy były dokładnie pozamykane, podobnie szuflady, a stosunkowo nowy komputer i stary sprzęt hi-fi stały na swoich miejscach; portfel denata był w kieszeni marynarki wiszącej na wieszaku w przedpokoju, a w nim zaś banknot o nominale dwóch tysięcy koron i dwie karty, debetowa i kredytowa.
Nasuwało się przypuszczenie, że napastnik chwycił to, co miał pod ręką, i uderzył denata w głowę. Popielniczka z grubego zielonkawego szkła ważyła jakieś półtora kilograma. Idealne narzędzie zbrodni. Napastnik raczej nie przyniósł jej ze sobą, by potem pozostawić zakrwawioną na podłodze w salonie.
Fakty były następujące: gospodarz otworzył drzwi i zaprosił przybysza do środka lub w każdym razie wszedł razem z nim do salonu. Prawdopodobnie go znał, choć tu Erlendur nie miał pewności. Denat został uderzony popielniczką – jeden silny cios, po czym napastnik uciekł w pośpiechu, zostawiając otwarte drzwi wejściowe. Koniec kropka.
Tylko ta wiadomość.
Napisano ją na kartce A4 w linie, najwyraźniej wyrwanej z kołonotatnika, i był to jedyny dowód świadczący o tym, że została tu popełniona zbrodnia z premedytacją; gość przyszedł po to, by zabić. Nie działał w afekcie. Przyszedł tu z zamiarem popełnienia zbrodni. Zostawił wiadomość. Trzy słowa, których Erlendur nie mógł zrozumieć. A może napisał je na kartce, zanim tu przyszedł? Kolejne oczywiste pytanie wymagające odpowiedzi. Erlendur podszedł do biurka denata w kącie salonu. Walały się na nim stosy dokumentów, rachunków, kopert, kartek. Na wierzchu spoczywał kołonotatnik. Erlendur usiłował znaleźć ołówek, ale go nie zauważył. Rozejrzał się dokoła i trafił nań pod biurkiem. Niczego nie ruszał. Patrzył i myślał.
– Kolejna typowa islandzka zbrodnia? – zapytał Sigurdur Oli. Wszedł do sutereny niezauważony przez Erlendura i pochylił się nad zwłokami.
– Co? – zapytał Erlendur z roztargnieniem.
– Niechlujna, bezcelowa i popełniona bez usiłowania ukrycia, zmylenia śladów czy zatarcia dowodów.
– Tak – powiedział Erlendur. – Prymitywna islandzka zbrodnia.
– Chyba że przewrócił się na stolik i trafił głową w popielniczkę – zasugerował Sigurdur Oli. Elinborg stała obok niego. Erlendur polecił policjantom, technikom i sanitariuszom przerwać rutynowe działania; chodził pochylony po mieszkaniu w kapeluszu na głowie.
– I upadając, napisał niezrozumiałą wiadomość? – spytał.
– Mógł ją trzymać w rękach.
– Rozumiesz coś z tych słów?
– Może chodzi o Boga? – zastanawiał się Sigurdur Oli. – Może o mordercę, nie wiem. Dość ciekawe jest to podkreślenie ostatniego słowa. Wielkie litery w słowie ON.
– Nie wygląda mi to na napisane w pośpiechu. Ostatnie słowo jest drukowanymi literami, podczas gdy dwa pozostałe normalnym pismem. Gość dał sobie dość czasu na działalność literacką. Ale nie zamknął za sobą drzwi. Co to znaczy? Napada na człowieka i ucieka z mieszkania, ale wypisuje na kartce jakieś niezrozumiałe bzdury, starannie akcentując ostatnie słowo.
– Na pewno miał na myśli jego – powiedział Sigurdur Oli. – To znaczy ofiarę. Nie może chodzić o nikogo innego.
– Bo ja wiem – odparł Erlendur. – Jaka myśl może przyświecać komuś, kto pozostawia taką notatkę na zwłokach? Jaki człowiek robi coś takiego? Co chce przez to powiedzieć? Chce nam coś przekazać? A może to ma być rozmowa z trupem?
– Jakiś pomyleniec – skwitowała Elinborg i nachyliła się, by podnieść kartkę. Erlendur ją powstrzymał.
– A może nie był sam? – odezwał się Sigurdur Oli. – Może było ich kilku?
– Elinborg, pamiętaj o rękawiczkach – przypomniał jej Erlendur, jakby była dzieckiem. – Nie niszcz dowodów. Kartkę napisano na biurku w kącie – dodał i wskazał palcem. – Wyrwano ją z notatnika, który należał do ofiary.
Może było ich kilku – powtórzył Sigurdur Oli.
– Tak, tak – skwitował Erlendur. – Może.
– To dosyć nieludzkie – ciągnął Sigurdur Oli. – Najpierw mordujesz starca, a potem siadasz spokojnie do pisania. Na to potrzeba chyba stalowych nerwów? Ten, kto to zrobił, musi być chyba zdziczałą bestią.
– Albo zdeterminowaną – rzuciła Elinborg.
– Albo miał kompleks zbawiciela – zawyrokował Erlendur.
Nachylił się po kartkę i przeczytał ją w milczeniu.
Wielki kompleks zbawiciela, pomyślał.
Przełożył Jacek Godek


