lip 14 2009

„W Azji” – publikujemy fragment książki

Opublikowany przez gk o godz. 08:16 w kategorii Literatura

Zbiór reportaży Tiziano Terzaniego pt. „W Azji” trafi do księgarń 22 lipca 2009, a w Salonie już teraz można przeczytać pochodzący z tej książki jeden z tekstów włoskiego mistrza reportażu.

 

Tiziano Terzani, „W Azji” – fragment

 

Kambodża: czarne godziny

 

Phnom Penh, 17 marca 1975

 

Noce nigdy nie były tak ciemne. Aby zaoszczędzić na tej resztce paliwa, która pozostała, elektrownia obcięła 80 procent produkcji energii. Nawet w hotelu Le Phnom ciemność rozpraszają płomienie świec, poza wieczorami, gdy jakiś generał wydaje wielki bankiet, bo wtedy wszystko nagle rozświetla się uroczyście. Tak funkcjonuje Kambodża marszałka Lon Nola, a właściwie to, co z niej zostało. Przez dwa dni nie było prądu nawet w dalekopisach na poczcie, ale trochę dalej, w willi ministra, klimatyzacji nie wyłączono ani na chwilę.

– Dni Phnom Penh są policzone. Najwyraźniej tylko rządzący nie zdają sobie z tego sprawy – mówi pewien europejski dyplomata. Inny dodaje: – Najbardziej niewiarygodne jest to, że Lon Nol i ludzie skupieni wokół niego sądzą, że wygrywają!

Zagraniczni obserwatorzy pozostali w stolicy (ci urzędnicy ambasad, którzy nie byli niezbędni, zostali ewakuowani razem z rodzinami) są jednomyślni: „To najbardziej dramatyczny moment od początku wojny”. Jeszcze trochę i Kambodża stanie się pierwszym krajem Indochin w pełni kontrolowanym przez ruch rewolucyjny, a reżim Lon Nola, stworzony, wyszkolony, opłacony przez Amerykanów, może być pierwszym, jaki komuniści pokonają w bezpośrednim starciu.

W Sajgonie, po dziesięcioleciach wojny i dwóch traktatach „pokojowych”, Thieu, człowiek Waszyngtonu, nadal sprawuje władzę; w Laosie proamerykański rząd z Wientianu otworzył się na rewolucjonistów Pathet Lao, ale wciąż stanowi siłę. W Phnom Penh kompromis jest niemożliwy, a myśl, że ta ostatnia wyspa „wolnego świata” wpadnie w ręce Czerwonych Khmerów, spędza sen z powiek waszyngtońskiej administracji, która obecnie, od prezydenta Forda po ambasadora Deana, próbuje, ekshumując teorię domina i starą retorykę zimnowojenną, przekonać sprzeciwiający się Kongres do pilnego przeznaczenia kolejnych dwustu dwudziestu dwóch milionów dolarów na „ratowanie” Kambodży przed komunizmem.

Jeśli pieniądze nadejdą, przedłużą jedynie agonię reżimu i cierpienia ludności. Rzecz przedstawia się prosto: bez szeroko zakrojonej interwencji Amerykanów, którzy musieliby przysyłać tu nieprzerwanie mostem powietrznym ryż i amunicję, środki rządowe skończą się w dwa lub trzy tygodnie i miasto prędzej czy później się podda. Jeśli pomoc amerykańska nadal będzie przysyłana, Phnom Penh może stawiać opór do nadejścia pory deszczowej (czyli do lipca–sierpnia). Wtedy partyzanci zostaną zmuszeni do wycofania się z zatopionych nizin, Mekong znów otworzy się na ruch rzeczny i zaopatrzenie, ale w styczniu przyszłego roku, wraz z kolejną porą suchą, sytuacja wróci do punktu wyjścia.

Phnom Penh, ze swoimi dwoma milionami mieszkańców i uchodźców, konsumuje pięćset ton ryżu dziennie; armia, która broni miasta, potrzebuje ośmiuset ton amunicji co dwadzieścia cztery godziny. Lotnisko Pochentong, znajdujące się w odległości ośmiu kilometrów od centrum, to jedyne połączenie ze światem, teraz, gdy na wszystkich drogach są blokady, a oba brzegi Mekongu, najeżonego minami, kontroluje partyzantka.

Brak jedzenia, zawrotne ceny nielicznych produktów, jakie można jeszcze zobaczyć na targu, zaczynają przeobrażać w gniew tradycyjną apatię i zrezygnowanie ludności. W ostatnich dniach grupy studentów zaatakowały kilku chińskich kupców, oskarżanych o to, że ukrywają zapasy ryżu, czekając, aż ceny wzrosną. Nagle wszystkie punkty handlowe w mieście zostały zamknięte i policja wojskowa musiała interweniować. Strzelała, aby rozpędzić demonstrantów, którzy zaczęli wyłamywać żaluzje i plądrować sklepy.

Życie codzienne w Phnom Penh jest dla wszystkich rosyjską ruletką. Pociski rakietowe komunistów, które wcześniej spadały tylko na przedmieścia – w zeszły czwartek trafiłiony został skład amunicji na lotnisku – teraz spadają na ścisłe centrum: jeden na szpital Preah Kep Melea, drugi przed pałacem królewskim, trzeci o krok od hotelu, w którym wszyscy mieszkamy.

Przeżycie mrożące krew w żyłach: nieoczekiwanie słyszy się ogłuszający gwizd, świst, a nim człowiek zdąży paść na ziemię, już jest eksplozja. Dziennie spada od trzydziestu do czterdziestu pocisków, ale ludzie obawiają się, że jutro, 18 marca, z okazji rocznicy zamachu stanu, który obalił Sihanouka i wciągnął Kambodżę w wojnę indochińską, partyzanci „uczczą” wydarzenie, podnosząc tę liczbę.

Dla partyzantów data 18 marca 1970 roku oznacza historyczny zwrot, a jeśli Kambodża stanie się wkrótce, jak wielu wierzy, krajem socjalistycznym, przyczyn trzeba będzie szukać w zdarzeniach tamtego dnia, a w szczególności w działaniach Amerykanów, którzy właśnie wtedy popełnili jeden z największych błędów politycznych w regionie. Kambodża jeszcze pięć lat temu była, jak na warunki azjatyckie, bogata. Nikt nie pamięta, aby kiedykolwiek ludzie umierali tu z głodu, a pola ryżowe, zatapiane przez wylewający w porze deszczowej Mekong, produkowały więcej zboża, niż potrzebowało siedem milionów mieszkańców. Sihanouk rządził krajem na wzór renesansowego władcy, choć zrezygnował z tytułu królewskiego, aby iść z duchem czasu. Przez całe lata z wielką zręcznością umiał utrzymać Kambodżę z dala od wojny. Jego receptą była neutralność, formalnie respektowana przez wszystkich, choć w praktyce – przez nikogo. Wietkong i Wietnamczycy z Północy używali stref przygranicznych Kambodży do przesyłania zaopatrzenia do Wietnamu Południowego, Amerykanie zaś bombardowali ich swoimi B-52, fałszując potem sprawozdania z misji, które miały pozostać „tajne” także dla Kongresu Stanów Zjednoczonych. Jako że wszystko działo się na odległych i odludnych terenach kraju, a Kambodżanie na tym nie cierpieli, Sihanouk milczał. Jego troską była wówczas raczej mała partyzantka, która oskarżała go o korupcję i próbowała, bez szczególnego powodzenia, zdobyć sojuszników wśród wiejskiej ludności.

To Sihanouk nazwał ich „Czerwonymi Khmerami”. Schwytanych partyzantów kazał chłostać, póki nie skonali, gdyż, jak mawiał, „nie zasługują, aby marnować na nich kule”. Z początku do Czerwonych Khmerów należeli członkowie starych kadr kambodżańskich, którzy walczyli przeciwko Francuzom u boku Vietminhu. W 1967 roku przyłączyli się do nich młodzi intelektualiści z Phnom Penh, znużeni reżimem indywidualisty i ekscentryka Sihanouka. Wśród tych ostatnich znalazł się Khieu Samphan, ekonomista, absolwent Sorbony. Wstąpił do partyzantki, aby uciec przed tajną policją, której Sihanouk rozkazał go zamordować.

W 1970 roku partyzantów kambodżańskich było niewielu ponad trzy tysiące. Kontrolowali małą część terytorium. Obecnie mają wojsko składające się z co najmniej sześćdziesięciu tysięcy żołnierzy i 90 procent kraju. Gdyby nie zamach stanu, Czerwoni Khmerzy jeszcze dziś znajdowaliby się na marginesie, jednak Amerykanie nie zauważyli niebezpieczeństwa. Uznali, że aby wygrać wojnę w Wietnamie, trzeba wykurzyć Wietkong z jego „twierdz” kambodżańskich. Zdając sobie sprawę, że Sihanouk nie pozwoli na przysłanie oddziałów US Army do Kambodży, postanowili go wyeliminować. Zajęły się tym służby CIA. Porozumienie co do przewrotu zawarli w pewnym szpitalu w Paryżu agenci wywiadu Stanów Zjednoczonych i niektórzy wojskowi z Phnom Penh. Podczas podróży Sihanouka do Związku Radzieckiego okręt amerykański – który rzekomo porwała, jak wtedy mówiono, dwójka hipisów pacyfistów – przybił do portu Sihanoukville i w rzeczywistości wyładował broń dla spiskowców. 18 marca 1970 roku marszałek Lon Nol przejął władzę, zebrał siły kambodżańskie przeciwko Wietkongowi oraz dał zgodę na wkroczenie Amerykanów i Południowych Wietnamczyków do Kambodży.

Sihanouk, schroniwszy się w Pekinie, nie miał innego wyboru niż zaoferować swoją pozycję na scenie międzynarodowej i w kraju dawnym nieprzyjaciołom, Czerwonym Khmerom, którzy od tej chwili zaczęli go uznawać za symbol zjednoczenia narodowego. „Gdy tylko będą mogli, wyplują mnie jak pestkę czereśni”, nie przestaje mówić Sihanouk o swoich sprzymierzeńcach partyzantach. „Ja jestem przeszłością, oni przyszłością Kambodży.”

Interwencja amerykańska okazała się całkowitym fiaskiem. Oddziały Stanów Zjednoczonych i Sajgonu ponosiły porażkę za porażką, a sama ich obecność w Kambodży, podsycająca ducha nacjonalizmu, przyczyniła się do sukcesów politycznych Czerwonych Khmerów, dla których poparcie wśród chłopstwa ogromnie wzrosło. Przez trzy lata Amerykanie ze swoich B-52 nękali nalotami dywanowymi tereny kontrolowane przez partyzantkę, ale było tak, jakby w każdym leju po bombie rodził się nowy bojownik. Dwadzieścia pięć tysięcy jest teraz tutaj, wokół nas. Czekają.

 

Wydawnictwo W.A.B.

Przekład Joanna Wajs

Brak komentarzy

Trackback URI | RSS komentarzy

Napisz komentarz