„Sudan. Czas bezdechu” – nowość W.A.B.
Opowieści o przemocy, głodzie, strachu, lecz i ogromnej nadziei składają się na książkę Konrada Piskały „Sudan. Czas bezdechu”, która nakładem wydawnictwa W.A.B. ukaże się 31 marca br.
Z wydawniczej zapowiedzi książki: „Co łączy Sudańczyka mieszkającego przy granicy z Egiptem z Sudańczykiem z Południa? Przecież dzieli ich wszystko – język, tradycja, religia, historia, klimat, a zwłaszcza dwa tysiące kilometrów bez asfaltowych dróg. Pokonujemy tę odległość. Spędzamy setki godzin w podróży, na pustyni i na rzece, zatrzymujemy się w miastach i małych oazach. O Sudańczykach mówi się nie bez powodu, że to najżyczliwsi ludzie na świecie. Jak więc możliwa była tu tak okrutna wojna, która pochłonęła miliony ofiar? Na to pytanie odpowiadają przedstawiciele różnych plemion, wielu zawodów – farmaceuta, lekarz, kierowca przewożący miny, oficer wojsk z Południa, ale też zwykli ludzie bez jakiegokolwiek wykształcenia. O Sudanie mówią również Polacy, którzy związali się z tym krajem – siostra zakonna i pracownicy organizacji pozarządowych”.
Konrad Piskała (ur. 1972) – z wykształcenia jest geologiem, z zawodu fotografem i dziennikarzem. Wielokrotnie bywał w Afryce, Azji, na Bliskim Wschodzie. Od kilkunastu lat pracuje jako niezależny dziennikarz i zajmuje się tematyką społeczną. Współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”. Publikował reportaże m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Marie Claire”, „Voyage”, „Podróżach”. W latach 2001–2003 stały współpracownik magazynu „Kulisy”, później reporter (przesyłał korespondencje z Białorusi, Kurdystanu, Rumunii, Rosji). Laureat kilku nagród dziennikarskich. Współautor książki w serii „Pod Lupą Newsweek Polska”: „W imię ojca. Fenomen Tadeusza Rydzyka” (2007).
„Sudan. Czas bezdechu” – fragment
Przez okrągłe okienka widać tylko wodę. Płynę drugą klasą, pod pokładem. Miejsce w sam raz dla biedaków i szczurów – gdyby tu były. Nie ma żadnych owadów, chrząszczy, muszek. Nic nie fruwa, nie gryzie. Nawet żal mi tego braku życia. Wszystko zajęte przez ludzi, każdy centymetr kwadratowy pokładu, każda najmniejsza plama cienia.
Druga klasa ma plastikowe ławki, podobne do tych w polskich pociągach podmiejskich, z wąskimi i ciasnymi półkami na bagaż. Każdemu przysługuje niespełna trzydzieści centymetrów pod sufitem. Ktoś z obsługi statku robi obchód, krzyczy, żeby nic nie leżało na podłodze. Odpowiada mu cisza albo raczej bezruch i niemoc, bo gdzie mają spocząć tysiące paczek z pilotami do telewizorów, herbatnikami, czarnymi chińskimi kapciami, klapkami, przeciwsłonecznymi okularami, kocami z wyhaftowanym psem Pluto i innymi bohaterami kreskówek? Gdzie upchnąć roboty kuchenne, przeżarte kurzem kostki starych komputerów?
– Ludzie wszędzie czegoś do życia potrzebują – mówi Nasir.
Czego najbardziej? Według niego – blendera albo sokowirówki, ale przede wszystkim żywności: soku z mango, guawy, piwa bezalkoholowego. Maleńkie sklepiki Dongoli czy Karimy zapełnią się egipskimi sokami, ciastkami o dacie przydatności do spożycia w nieskończoności, mleczną czekoladą z zamrażarek.
– Migające kolorowe diody na plastikowym pasku, które można przyczepić do samochodu albo nad drzwiami domu, też się dobrze sprzedają – dodaje Nasir.
Wszyscy koledzy Nasira są z Wad Medani, miasta na południe od Chartumu. Setki kilometrów stąd.
Pokład powoli się zapełnia. Statek zaczyna się lepić. Ocieka płynami, jakie wtłaczają w niego mechanicy. Wyciekają smary, oleje, benzyna. Spływają po stopniach, po oknach kabin.
A my czekamy. Najpierw kilka godzin i znów kilka, potem mija dzień, a statek przechyla się coraz bardziej w kierunku nabrzeża. Przez okrągłe okienko widzę dachy ciężarówek. Podjeżdżają jedna za drugą. Tragarze w granatowych drelichowych kurtkach wnoszą szkliste słupy lodu, skrzynki czerwonych pomidorów, śnieżnobiałe ryby, makaron.
Nie wiem, czy byłem kiedyś tak intymnie blisko arabskiej kobiety jak pod pokładem tego statku. Siedzimy kolano w kolano, dłoń w dłoń, pierś w pierś. Patrzę na młodą dziewczynę. Chusta swobodnie ześlizguje się po jej włosach, zatrzymując się na wełnistym koku. Potem dziewczyna ją poprawia – więc patrzę – nasuwa głęboko na czoło i wiąże, ale to nie jest takie sobie zwykłe wiązanie. Każde załamanie musi być na swoim miejscu. Wszystko powoli, delikatnie, bez pośpiechu, bo przecież patrzę. Nie – wszyscy patrzą, patrzy pół pokładu. Nasir nie odrywa oczu. To najbardziej erotyczny sygnał, na jaki może sobie pozwolić kobieta w świecie islamu. Każdym ruchem mówi: „Zobacz, jaka jestem piękna. Nic nie rób, nie możesz, ale patrz”.
W ten zalotny sposób chusty zawiązują wolne dziewczęta. Mężatki, które najczęściej już kilka miesięcy po ślubie są w ciąży, pozwalają sobie co najwyżej na zaciekawione spojrzenia.
Nie tylko Nasir, ale wszyscy chłopcy z Wad Medani cmokają zauroczeni.
Te nasze niespotkania, nierozmowy, nieopowiedziane historie. Ten drzemiący rejs, to towarzyszenie sobie w półśnie, w półjawie, jakbyśmy dryfowali, przemierzali to jedną, to drugą cywilizację. Co nam się śni tej nocy, kiedy leżymy owinięci kocami na pokładzie, w przejściach, na ławkach? Budzę się co chwilę i słucham z otwartymi oczami.
– Znasz ten żart? – ktoś zwraca się do mnie, gdy widzi, że nie śpię. Kręcę głową, że nie znam. Więc opowiada. „Pewnego razu Sudańczyk pyta Egipcjanina, skąd jest. Urodziłem się w Kairze – odpowiada Egipcjanin. W której części? – dopytuje się Sudańczyk. Urodziłem się tam w całości – odpowiada Egipcjanin”.
Ktoś za naszymi plecami wybucha śmiechem zagłuszanym przez szum maszyn.
Dwadzieścia cztery godziny rejsu. Płyniemy, a pod nami spoczywają zalane przez wody Nilu domy, cmentarze, pola uprawne. W oddali wysokie brzegi Wielkiej Tamy Asuańskiej.
– Chcesz, opowiem ci o życiu w Chartumie.
Leżymy na pokładzie, jest majowa noc.
Kiwam głową, że chcę. Zresztą nie mamy nic do roboty, więc on może opowiadać, a ja słuchać. Ma okrągłą głowę, równo przystrzyżoną brodę, a jego angielski jest krystalicznie czysty, bez żadnego akcentu.
– Your true soul and body appear before me. They stand forth out of affairs, out of commerce, shops, work, farms, clothes, the house, buying, selling, eating, drinking, suffering, dying. Whitman!
– Whitman?
– Skończyłem literaturę angielską na uniwersytecie w Omdurmanie. Pracuję w warsztacie. Reperuję skutery, bo dla filologów nie ma pracy w Sudanie. A poszedłem studiować literaturę, bo kocham język Josepha Conrada i Emily Dickinson.
– A życie?
– Mój ojciec ma sklepik w Chartumie. Woził towary z Kairu. Na pokładzie tego statku poznał pewnego Egipcjanina. Przyjaźń to nie byle co. Co można dać najcenniejszego swojemu przyjacielowi…? Siostrę.
Silnik perkocze, jakby był oddzielony od statku i unosiło go coś daleko w te czerwone, surowe skaliste brzegi, które obserwowałem za dnia.
– I tak ja się urodziłem. Jestem pół Egipcjaninem, pół Sudańczykiem, a właściwie pół Egipcjaninem, a reszta to nie wiadomo co. Bo czy jest ktoś taki jak Sudańczyk? – zastanawia się na głos. – Jestem Arabem. Pochodzę z plemienia z północnego Darfuru, ale nie jesteśmy stąd. Przywędrowaliśmy z Nigerii, mówimy językiem hausa. Więc nie wiem, kim jestem w tej połówce. A ty wiesz, kim jesteś?
– Chawadżat – odpowiadam.
– Ja też jestem biały!
– Biały? Chyba tylko dla Nuerów – śmieję się.
Więc zastanawiamy się nad czernią, nad esencją koloru. Ale nie ma w tej naszej rozmowie afirmacji czerni, bo obaj czujemy się biali.
– Egipcjanie są biali, a ludzie Sudanu czarni, zapamiętaj. Niech ci będzie, jestem w połowie czarny. Ty jesteś jak mleko, a ja jak sudańska herbata albo jak Czarna księga!
– Księga?
– W Czarnej księdze napisano, że jesteśmy wielkim narodem, większym niż Amerykanie, Francuzi. Ale to kłamstwa, wszystko brednie i bajki. Jeszcze tego nie wiesz, lecz jedziesz do kraju rządzonego przez największych oszustów i hipokrytów.
s. 10–14
Wydawnictwo W.A.B.
-
Małgorzata


