„Panowie herbaty” – nowość Noir sur Blanc

W księgarniach jest już niezwykła powieść wybitnej powieściopisarki holenderskiej Helli S. Haasse pt. „Panowie herbaty”. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Noir sur Blanc.

  

„Panowie herbaty” nawiązują  do kolonialnej przeszłości Holandii. Akcja powieści, obejmująca lata 1869-1918, rozpoczyna się na dobre w momencie, gdy Rudolf Kerkhoven stawia stopę na jawajskiej ziemi, należącej w owym czasie do Holenderskich Indii Wschodnich. Jego rodzice i kuzynowie przebywają tam od lat, dorobiwszy się sporych majątków.

Młody, przepełniony ideałami mężczyzna decyduje się wziąć w długoletnią dzierżawę ogromne tereny, na których zamierza uprawiać kawę i herbatę. Poruszając się niemal po omacku w nieznanym sobie środowisku i rezygnując z jakichkolwiek przyjemności, z czasem rozkręca kwitnący interes i odnosi sukces. Mimo to ma wrażenie, że wciąż jest niedoceniany przez rodzinę, która bez entuzjazmu patrzy na jego nowatorskie metody pracy. Kiedy poznaje piękną i inteligentną Jenny Roosegaarde Bisschop i zakochuje się w niej z wzajemnością, jest przekonany, że jego życie wkracza w nową, wspaniałą fazę.  Życie jednak zmusza młodą parę do zmierzenia się z różnymi, niespodziewanymi nieraz problemami i ocalenie tego, co jest dla nich naprawdę ważne, staje się coraz trudniejsze.

Odznaczająca się dużą przenikliwością psychologiczną książka Helli S. Haasse znakomicie łączy nowoczesną, oszczędną narrację  z epicką akcją rodem z literatury XIX-wiecznej. Jest powieścią, lecz nie fikcją, jako że interpretację postaci i zdarzeń autorka oparła na zachowanych dokumentach, między innymi na listach udostępnionych jej przez potomków oraz krewnych bohaterów książki.

Hella S. Haasse urodziła się w roku 1918 w Batawii (obecnej Dżakarcie) w Indiach Holenderskich. W roku 1938 wyjechała do Amsterdamu, gdzie studiowała skandynawistykę, a także ukończyła szkołę teatralną. Zadebiutowała w roku 1945 tomikiem poezji. Pierwsza jej powieść „Urug” (wyd. polskie Noir sur Blanc, 1997) ukazała się w roku 1948 anonimowo, jako upominek rozdawany w trakcie Tygodnia Książki. Od tego czasu Hella S. Haasse opublikowała kilkadziesiąt książek, przeważnie powieści, między innym „Niebezpieczny związek albo listy z Daal en Berg” ( Noir sur Blanc, 2002), „Drogi wyobraźni” (Noir sur Blanc, 2004).Wiele z nich oparła na kanwie zdarzeń historycznych, a tematem uczyniła skomplikowane więzi między ludźmi. Zajmowała się również eseistyką i krytyką literacką. Jej twórczosć jest bardzo popularna nie tylko w Holandii – większość jej powieści została przetłumaczona na język angielski.

Uzyskała tytuł doktora honoris causa uniwersytetów w Lowanium oraz w Utrechcie. W roku 1981 otrzymała Nagrodę Literacką im. Constantijna Huygensa za całokształt twórczości, w 1984 – prestiżową Nagrodę P.C. Hoofta. W 2004 roku uhonorowana została  Prijs der Nederlandse Letteren. Jej nazwisko pojawia się często wśród przewidywanych kandydatów do literackiej Nagrody Nobla.

Na dziele literackim Helli Haasse głębokie piętno odcisnęła kultura Indonezji, w której spędziła wiele lat. Wartość jej twórczość, sposób analizowania psychiki bohaterów bywają często porównywane do utworów Marguerite Yourcenar (hermetyczność języka niderlandzkiego stoi na przeszkodzie podobnej popularności). Jednocześnie Hella Haasse ma niewątpliwy dar wciągającej narracji.

(wykorzystano materiały wydawnictwa Noir sur Blanc) 

Fragment książki:

Kiedy Gambung rozrośnie się jeszcze bardziej, trzeba będzie się przeprowadzić. Rudolf lubił sobie wyobrażać, jak pod rasamalami1, na skraju puszczy, wyrośnie jego gedung, podłużny niski dom w stylu Ardjasari, lecz skromniejszych rozmiarów, z dużą otwartą przestrzenią od frontu, na której założy kiedyś ogród kwiatowy. Tęsknił do dnia, gdy będzie mógł wbić w ziemię pierwszy pal. Czy jednak przyjdzie mu w tym domu mieszkać sa­motnie? Kawalerstwo odczuwał coraz bardziej jako stan nienatu­ralny. Nieżonaci pracownicy z okolicznych plantacji, których czasem spotykał, okazywali zdziwienie faktem, że nie zatrudnia żadnej tubylczej gospodyni. Dobrze wiedział, że nie jest mężczy­zną mogącym żyć bez kobiety.

Wśród książek w jego pondoku2 znajdowała się ta, którą przy­właszczył sobie na pokładzie „Telenaka”, gdzie nikt się do niej nie przyznawał. Napisał ją niejaki Agricol Perdiguier, a jej tytuł brzmiał Memoires d’un Compagnon: wspomnienia czeladnika sto­larskiego z czasów nauki na francuskiej prowincji. Młody człowiek pracujący za skromną pensję, a zatem niemogący jeszcze się oże­nić, znał udrękę narzuconej sobie wstrzemięźliwości; Rudolf całko­wicie odnajdywał się w jego opisie: „Pragnąłem pełnego doświad­czenia, ale nie potrafiłem oddać się prostytutkom, kobietom, do których nie mógłbym czuć miłości; uwieść zaś młodą dziewczynę, być może uczynić ją ciężarną, a potem pozostawić własnemu loso­wi – to zupełnie wbrew moim zasadom i w sprzeczności z moim charakterem. Czułem pożądanie, cały płonąłem, cierpiałem, nie wiedziałem, co począć, miotałem się między zmysłowością a su­mieniem; jeden głos mówił: zrób to!, drugi nakazywał: odpuść!”.

Rudolf oczywiście zwracał uwagę na miejscowe kobiety i dziewczęta. Wśród zbieraczek w Sinagarze były takie, które miały piękne kształty, niezwykle powabne zwłaszcza wtedy, gdy przybiegały do fabryki w deszczu, z baadje3 i sarongiem klejącymi się do ciała; nigdy jednak nie czuł niczego poza krótkotrwa­łym przypływem pożądania. Natychmiast też odrzucił myśl o kontakcie seksualnym w zamian za prezenty, co uważał po pro­stu za obraźliwe dla tych młodych kobiet. Ich dokuczliwa, a cza­sem wyzywająca postawa świadczyła o tym, że świetnie wiedzą, co go dręczy. Ponieważ zawsze były większą grupą, mogły sobie pozwolić na to, by śmiać mu się prosto w twarz.

Dziewczęta z gór – raczej wzbraniające się i nieśmiałe – stano­wiły przeciwieństwo otwartości. Brakowało im kokieterii weso­łych zbieraczek i sortowaczek spod Buitenzorgu, które lubiły zwracać na siebie uwagę kolorową baadje czy kwiatem wpiętym we włosy lub w wielki kapelusz przeciwsłoneczny. Inaczej niż mieszkanki Batawii, kobiety z Preangeru nie były chętne do pro­wadzenia Europejczykom domów i nie miały też odpowiednich do tego umiejętności. Nie potrafił sobie wyobrazić, że mógłby żyć z tubylczą kobietą w zażyłości, która dawałaby praktyczne korzy­ści i umożliwiała kontakt fizyczny, ale w której brakowałoby wła­śnie tego, co w jego oczach z relacji czyniło małżeństwo.

Podczas pobytu w Batawii ponownie spotkał u znajomych Marietje Hoogeveen. Ładna, energiczna jedenastolatka, którą wi­dział w przedsiębiorstwie jej rodziców, gdzie krzątała się jak przyszła zaradna gospodyni, wyrosła na tęgą pannę w pretensjo­nalnych sukniach ze szpetnie udrapowaną turniurą i mimo swo­ich czternastu wiosen była już rozgrymaszoną gadułą – dokład­nie takim typem Europejki w Indiach Wschodnich, jakiego nie znosił. Wręcz śmieszne wydało mu się teraz, że rozważał prośbę o jej rękę, gdy tylko osiągnie wiek stosowny do zamążpójścia. Cieszył się, że nigdy z nikim o tym nie rozmawiał.

Na południowych krańcach Gunung Tilu leżała plantacja gubernatorska Riung Gunung. Mierząc teren, wielokrotnie docie­rał do jej ogrodów chinowcowych. Ponieważ zamierzał również poszerzyć i poprawić drogę biegnącą z Gambungu na wyżynę Pengalengan, postanowił złożyć wizytę zarządcy, panu van Honkowi, licząc na nawiązanie z nim współpracy. Wysłał kulisa z li­ścikiem i w odpowiedzi został zaproszony na wschodnioindyjski obiad. Choć taka perspektywa mu się nie uśmiechała – nie prze­konał się do ostro przyprawionych potraw – pojechał do Riung Gunungu, zabierając w prezencie dla pani domu własnoręcznie upieczone przez matkę ciasteczka.

Van Honkowie od dawna przebywali w Indiach Wschodnich; w ich mieszkaniu, niewiele wygodniejszym od jego pondoku, pa­nowała atmosfera, która przypominała mu „Chiński Obóz” w Sinagarze – z ptakami w klatkach, wiszącymi roślinami i fotelami bujanymi. Zapach sambalanu4 mieszał się z wonią róż w ogrodzie.

Jeszcze przed obiadem, podczas rozmowy o interesach, Rudolf został przedstawiony najstarszej córce gospodarza, ładnej dziew­czynie, szczupłej i eleganckiej, w sarongu i śnieżnobiałej kebai5 (domyślił się, że prawdopodobnie włożyła ją przed chwilą na je­go cześć, bo widać było jeszcze zagięcia po składaniu). Nie mógł oderwać oczu ani od jej matowośniadej twarzyczki o – jak to w duszy nazywał – „europejsko rumianych” policzkach smaga­nych świeżym górskim wiatrem, ani od powabnych kształtów tu­dzież urokliwej linii talii i pośladków, ujawniającej się przy każ­dym jej ruchu. Spostrzegł też, że nie uszło to uwagi rodziców dziewczyny. Usłyszał, że uwielbia gotować i jest świetną kuchar­ką, przepada za dziećmi, a młodszym siostrzyczkom udziela lek­cji czytania i rachunków, „jak prawdziwa nauczycielka, betul6, proszę pana!”.

Wracając do Gambungu, próbował przeanalizować swoje uczu­cia. Nietrudno byłoby mu się zakochać i uczynić to motorem dal­szego postępowania. Jej uścisk dłoni, spojrzenie ciemnych oczu były wielce obiecujące. Dziewczyna urodzona i wychowana w udiku7, przywykła do życia na plantacji, w dodatku obdarzona wszystkimi gospodarskimi talentami… taki wybór byłby oczywi­sty. Czy chciał mieć dzieci z tą piękną nonną8? Takie małżeństwo na dobre przypieczętowałoby związek z tym krajem. Pomyślał o Eduardzie, o Tattacie, Pautje i Lientje oraz o wymazanej jakby z pamięci Guy La Nio, a także o Louise, żonie Alberta Holle, któ­ra znikała, gdy z wizytą przybywali totok9, posądzani przez nią o pewną rezerwę względem osób urodzonych w Indiach Wschod­nich. Jakże na początku była płochliwa, podejrzewając, że Ru­dolf nie uważa jej za osobę pełnowartościową! Pomyślał o star­szych wschodnioindyjskich damach, które spotykał czasem w Batawii, akceptowanych tylko dlatego, że były żonami Holendrów czystej krwi w służbie gubernatorstwa. Jego zdaniem te zwykle korpulentne kobiety, które kiedyś też były „pięknymi nonnami”, w europejskich toaletach wyglądały tak brzydko, że niemal wzbudzały współczucie. Jakże często ten egzotyczny urok szybko przemijał! Czy stawi czoło nieuniknionym kompli­kacjom, również w kręgu własnej rodziny, jeśli ożeni się ze wschodnioindyjską dziewczyną z prostego środowiska, bez inte­lektualnych ambicji czy potrzeb?

Postanowił ograniczyć wizyty u van Honków do absolutnie niezbędnych.

_______________________________________________________

1 rasamale – drzewo z rodziny oczarowatych, rosnace w górskich lasach Jawy i Sumatry. Osiąga wysokość około 60 metrów

2 pondok – prosty dom z drewna i bambusa

3 baadje – obszerna bluza z rękawami

4  sambalan – mocno przyprawione dodatki

5 kebaja, sarung kebajaubiór jawajskich kobiet: batik wokół bioder i bluza z długimi rękawami; wśród kobiet europejskich popularny do lat trzydziestych XX wieku jako strój poranny

6 betul – naprawdę! jasne!

7 udik – środek kraju, głusza, odludzie

8 nonna – młoda kobieta (półkrwi)

9 totok – Europejczyk czystej krwi

Noir sur Blanc

Tłumaczenie Alicja Oczko

Brak komentarzy