„Nielegalne związki” pełne erotyki
Grażyna Plebanek w najnowszej powieści „Nielegalne związki” otwarcie stawia pytania o miłość, pożądanie i wierność, ale przede wszystkim bez skrępowania i pruderii pisze o seksie.
Tak jak poprzednie i tę książkę Plebanek opublikowało wydawnictwo W.A.B.
„Nielegalne związki” to opowieść o uczuciu, które nie ma prawa istnieć, a zarazem analiza struktur społecznych ograniczających wolność człowieka, wikłających go w role, których nie jest w stanie wypełnić. Akcja powieści rozgrywa się w Brukseli – mieście władzy, wielkiej polityki i układów, mieście gdzie krzyżują się drogi wszystkich narodów kontynentu.
Ona – Megi. Polska prawniczka, robiąca karierę w Komisji Europejskiej. Piękna, inteligentna kobieta, za którą mężczyźni oglądają się na ulicy, matka dwójki wspaniałych dzieci. On – Jonathan. Mąż, pisarz. Zajmuje się domem. Męski odpowiednik Anny Kareniny, rozdarty między miłością do rodziny a gwałtowną namiętnością do innej kobiety. Ta druga – Andrea. Narzeczona szefa Megi. Ambitna dziennikarka telewizyjna. Piękna, zmysłowa, uwodzicielska. Spotyka się z Jonathanem w kościołach, do których w świeckiej Brukseli nikt nie chodzi. Plebanek opowiada o zmaganiu z wymykającym się spod kontroli uczuciem, wyrzutach sumienia, lęku przed ranieniem bliskich.
Grażyna Plebanek – autorka bestsellerowych „Dziewczyn z Portofino” (W.A.B. 2005), a także „Pudełka ze szpilkami” (2002; W.A.B. 2006) i „Przystupy” (W.A.B. 2007). Absolwentka polonistyki. Pracowała jako dziennikarka dla Agencji Reutera i „Gazety Wyborczej”. Publikowała m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Lampie”, „Newsweeku”, „Elle”, „Pograniczach”, „Bluszczu”. Z Warszawy przeniosła się do Sztokholmu, od kilku lat mieszka w Brukseli. Znalazła się w grupie międzynarodowych artystów, których portrety będzie można oglądać na wystawie w Brukseli przez kolejne dziewięć lat.
Powieść „Nielegalne związki” jest też dostępna w Księgarni eClicto jako e-book w formacie epub .
_________________
„Nielegalne związki” – fragment powieści
Biegłby tak, nie zatrzymując się, sztafeta pracowa, domowa, rodzinna. Dopiero ta stara budowla wciśnięta między nieważne budynki wpuszcza w jego duszę witrażowe światło. Jonathan wchodzi do kościoła, czując, jak mdławy zapach świec podkręca ptaszka przysypiającego w jego spodniach. Ona już tam jest.
Jonathan przystaje, bo kolana się pod nim uginają. Dziewczyna idzie do niego wzdłuż rzędów ławek, w półmroku widać zarys smukłej sylwetki, długie włosy falują za nią tym ruchem, którego na świecie za mało, chyba tylko biegnące konie albo bijąca o brzeg piana fal mogą się z nim równać. Jonathan nie brnie w kulawe porównania, bo zapach, ciepło, zarys piersi pod bluzką i widocznych spod spódnicy długich nóg, nie najzgrabniejszych, lecz rozczulająco źrebakowatych, zagarniają go wraz z jednym pocałunkiem, który dziewczyna – właściwie kobieta, tak, to prawdziwa kobieta – składa w kąciku jego ust.
„Szatański pomysł” – myśli Jonathan, przyciskając do siebie ciało pachnące cytryną. W tym czasie jego dłonie podnoszą się i zamykają na jędrności pośladków.
„Komunia ciał” – myśli Jonathan.
- Andrea…
A w duchu dodaje: „Oby trwała wiecznie”.
Półtorej godziny później, kiedy wraca z Ixelles, pospieszając w myślach auto, czuje, że ma więcej mocy niż czteroletnia toyota. Najchętniej wytupałby dziurę w podłodze i dojechał do domu metodą z Jaskiniowców, bąbelki szczęścia pękają z cichym „pyk”, aż Jonathan wybucha śmiechem.
Wciąż od nowa rozpamiętuje ostatnich kilkadziesiąt minut.
Początek: wychodzą z Andreą z kościoła, ocierają się ciałami jedno o drugie. Wsiadają do samochodu, Jonathan wrzuca migacz i włącza się w sznur samochodów. Przeszkadza mu skrzynia biegów, bo ręka spieszy się pod spódnicę pasażerki. Gdy trafia na pasek skóry nad pończochą, Jonathan wciąga spazmatycznie powietrze. Cudem mija motocyklistę i wsuwa dłoń między uda dziewczyny. Jest w przedpokoju cipki.
Chociaż, prawdę mówiąc, początek był inny. Gdy wychodził z domu na spotkanie z Andreą, z kuchni wychyliła się Megi.
- Jonathan? Czy możesz wziąć pieniądze z bankomatu, jak będziesz wracał z siłowni?
Skinął głową, poprawił na ramieniu torbę ze strojem do ćwiczeń i już go nie było. Obojętna mina, nielogiczne wciągnięcie powietrza, jakby mógł zrolować ciągnącą się za nim smugę zapachu wody kolońskiej i wcisnąć ją do worka ze strojem sportowym, byle dalej od nosa żony.
Pospiesznie pchnął drzwi wyjściowe i stanął na ulicy. Ostatni pytający esemes, w odpowiedzi błysk ekranika – ona, Andrea, już na niego czeka.
Z okna mieszkania dobiegły dziecięce głosy. Jonathan skulił ramiona i szybko podszedł do auta. Córka o mało go kiedyś nie wsypała, pytając, dlaczego na siłownię zakłada najlepszy tiszert, ten, który Megi przywiozła mu z Nowego Jorku. Kiedy indziej syn przytulił się do niego i pogładziwszy po wygolonym policzku, zapytał:
- Co się stało z twoimi kolcami, tatusiu?
Jonathan rzucił na tylne siedzenie torbę ze strojem na siłownię i ruszył avenue Emile Max. Drzewa kwitły pysznie, jedne biało, inne wiśniowo, opadłe płatki przykrywały ulicę wilgotnym dywanem, wyścielały załomy jezdni, maskowały brud. Kiedy szedł tędy wczoraj z dziećmi, Antosia zdjęła buty i pobiegła boso, Tomaszek rozjeżdżał pianę kwitnienia kołami rowerka.
Jonathan obiecał sobie, że sfotografuje drzewa, zanim opadną płatki. Oczywiście zapomniał i teraz został mu dzień, najwyżej dwa, by złapać kruche piękno.
Jechał, a drobne, codzienne wspomnienia dziobały pamięć. Minął rondo, zaparkował w bocznej uliczce na tyłach kościoła i wysiadł z samochodu. Był rozdrażniony. Niech wreszcie opadną z niego okruchy życia rodzinnego! Przyjechał tu, żeby spotkać się z kochanką.
Źródło: Wydawnictwo W.A.B.


