„Czwarty pożar Teheranu” – reportaż Marka Kęskrawca

Do najlepszej tradycji reportażu literackiego odwołuje się Marek Kęskrawiec w wydanym przez W.A.B. „Czwartym pożarze Teheranu”. Książka opowiada o współczesnym Iranie.

 

Marek Kęskrawiec pokazuje Iran, w którym cienka linia oddzielająca dozwolone od zabronionego jest w ciągłym ruchu. Gdzie serdeczność, gościnność i umiłowanie poezji sąsiadują z okrucieństwem i lękiem. Kraj przeciwieństw: tu młoda dziewczyna mknąc na rolkach przez osiedle Ewin zrzuca odważnie chustę z włosów, a kilometr dalej znajduje się więzienie, pod którym zrozpaczone matki czekają na wieści o swoich dzieciach. Autor spogląda na Iran oczami kupców, mułłów, studentów, inżynierów, kobiet walczących o równouprawnienie. Patrzy oczami Alego, który dwadzieścia dziewięć lat temu zapuścił wąsy na cześć Lecha Wałęsy, oczami fanów Kieślowskiego oraz ludzi, którzy wychowali się na „Bolku i Lolku” oraz „Porwaniu Baltazara Gąbki”.

„Czwarty pożar Teheranu”  jest malowniczym, znakomicie napisanym reportażem, w którym zdumienie i fascynacja sąsiadują z przerażeniem. To próba zrozumienia i opisania jednego z najbardziej niepokojących krajów.

Marek Kęskrawiec (ur. 1967) – dziennikarz i reportażysta. Dwukrotny zdobywca nagrody Grand Press za teksty publikowane w „Newsweeku”. Prowadzi zajęcia z dziennikarstwa śledczego na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 2007 roku razem z Grzegorzem Indulskim wydał książkę „Afganistan. Po co nam ta wojna?”.

Książka „Czwarty pożar Teheranu” dostępna jest też jako e-book w Księgarni eClicto.

„Czwarty pożar Teheranu” – fragment 

dziś ulica jest nasza

Teheran. Szesnastego czerwca 2009 roku. Godzina 20.30. Wieczór przyniósł miastu w prezencie przyjemny, lekki powiew wiatru. Pośród gwałtownie zapadającego zmroku można jeszcze raz rzucić okiem w stronę majestatycznych gór Elburs, które odpoczywają po całodziennym boju ze słońcem próbującym roztopić ostatnie jęzory śniegu na szczytach. Zazwyczaj o tej porze ludzie wdychają świeże, czerwcowe powietrze, wyzwalając zmęczone płuca od smogu. Dają się uwodzić zapachom przypraw zapowiadających długą, późną kolację – najważniejszy ceremoniał irańskiej codzienności. Od kilku dni coś się jednak zmieniło. Zapachy są delikatne, jakby pochowane. Chyba nikt nie ma dziś ochoty tracić czasu w kuchni.

Godzinę później mężczyźni, kobiety, młodzież i dzieci wychodzą na ulice, balkony, dachy i wzniecają nieprawdopodobny rumor. „Allahu Akbar! Marg bar diktator!” (Bóg jest wielki! Śmierć dyktatorowi!) – niesie się w promieniu wielu kilometrów. Płoną kontenery z odpadkami, a na murach i ulicach ludzie wybijają miarowy rytm. Czym popadnie: kijami, cegłami, pokrywami koszy na śmieci. Jak w Irlandii Północnej w latach siedemdziesiątych. W kilka minut dziesiątki osiedli dwunastomilionowej metropolii zamieniają się w twierdze.

Ludzie nie idą na demonstrację do centrum miasta. Wychodzą przed własne domy, by czekać, aż usłyszą jazgot nadjeżdżających oddziałów policji. Chwilę później lecą pierwsze kamienie, cegły z okolicznych budów i przekleństwa. Stara Parwin – legenda dzielnicy, miotała kamieniami jeszcze w siepaczy ostatniego szacha – próbuje dyrygować młodzieżą z pierwszej linii.

– Najpierw rzucaj, potem uciekaj! Jak rzucasz, to najpierw przystań na chwilę i wyceluj! Nie marnuj sił i kamieni! Mehdi, za ciężka ta cegła, nie dorzucisz! Co za tępy dzieciak! –Siedemdziesięcioletnia Parwin krzyczy z dachu, na którym stoimy, ale nikt jej nie słyszy. Tumult niesamowity, a i głos już nie ten. Choć wzroku można pozazdrościć.

– Patrzcie na tego tam, pod bramą domu Darabich. Tego na motorze! Sprawdźcie go, to na pewno basidż! Nie dajcie się zajść od tyłu! Allahu Akbar! Kiedy czarne i zielone mundury przypuszczają ostateczny szturm, używając miotaczy gazu, tłum rozpierzcha się we wszystkie strony. Ludzie chowają się po budynkach, by z dachów prowadzić dalszą walkę. Co odważniejsi miotają kamienie z okien swoich mieszkań. Widzę, jak z domu naprzeciwko ktoś strzela do policji z racy sygnalizacyjnej. Już za chwilę całe jego mieszkanie wypełnia dym pocisku z gazem łzawiącym. Irańczycy są bardzo emocjonalni, więc łatwo tracą głowę. Żeby strzelać do policji z własnego mieszkania?

Naszą ulicą dowodzi Ali, „pan baryłka”. Gruby, niewysoki, wąsaty właściciel pobliskiego fast foodu, z dyplomem inżyniera, miota kamienie ramię w ramię z piętnastoletnią córką Negin. Polubiliśmy się od pierwszego spotkania przed miesiącem, kiedy okazało się, że wąsy zapuścił dwadzieścia osiem lat temu na cześć Lecha Wałęsy, a na dodatek zna jeszcze Jana Tomaszewskiego, Grzegorza Latę i Kazimierza Deynę, polskie gwiazdy futbolu z lat siedemdziesiątych.

Rano Ali przyznaje mi rację, że to było głupie – wyjść przed tłum policjantów z córką. Ale kolejnej nocy Negin znów jest z ojcem na ulicy. I tak przez następne trzy noce, zanim troskliwi irańscy znajomi zdecydują, że trzeba mnie przenieść na bezpieczniejsze osiedle. „Jesteś jedynym obcokrajowcem w tej okolicy. W końcu jakiś życzliwy o tym doniesie i wszyscy będziemy mieli problem”.

Ostatecznie trafiam kilka kilometrów na południe, na Jusef Abad, ale tu jest niewiele spokojniej. Tu także ludzie są wściekli. Jeszcze tydzień temu świat był piękny, a większość wierzyła, że krwawy system da się zmienić. Bali się kolejnej, krwawej rewolucji, po której nastąpi chaos. Chcieli stopniowych, pokojowych reform i byli przekonani, że po wyborach nowy prezydent Mir Hosejn Musawi otworzy wreszcie kraj na świat, i ten świat zobaczy, że prawdziwy Iran to nie tylko brodaci mężczyźni i kobiety w czarnych czadorach. Dziś stracili złudzenia. Władza przypom niała narodowi starą zasadę obowiązującą w dyktaturach: „Głosowali, jak chcieli, a wybrali, kogo trzeba”. Czyli Mahmuda Ahmadineżada.

Walki w Teheranie toczą się wedle powtarzającego się scenariusza. Po kilkunastu, kilkudziesięciu minutach pierwszego starcia okolica się uspokaja, a policja odjeżdża. „Zieloni rewolucjoniści” (kolor kampanii wyborczej Musawiego) wychodzą przed domy i liczą straty. Sprzątają, dogaszają ogień. Nikt za nich tego nie zrobi. To jest ich dzielnica i muszą o nią zadbać, by następnego poranka obudzić się w miarę normalnym mieście i pójść do pracy. Teraz wszyscy zeszli się przy hyundaiu pana Abdiego. Na środku białej maski dumnie leży cegłówka. Wyżłobiła w niej piękną, wielką kołyskę, co dowodzi, że leciała z wysoka, z któregoś z pobliskich domów, prawdopodobnie rzucona przez jednego z demonstrantów. I jeszcze ta wybita szyba od strony kierowcy, chociaż to akurat można zwalić na policyjną pałkę.

[...]

(Wykorzystano materiał wydawnictwa W.A.B.)

Brak komentarzy