„Aż poleje się krew” – oscarowy moralitet
Kalifornia, schyłek XIX wieku. Poszukiwacz srebra Daniel Plainview wraz ze swym synem trafia do miasta Little Boston, ogarniętego gorączką nafty. Rządy sprawuje tu charyzmatyczny kaznodzieja Eli Sunday. Plainview trafia na bogate źródło ropy i bezwzględnymi metodami zaczyna budować swe naftowe imperium… Tak zaczyna się akcja filmu „Aż poleje się krew” – filmu, który okrzyknięto jednym z arcydzieł współczesnego kina. A odtwórcę głównej roli Daniela Day-Lewisa uhonorowano Oscarem i Złotym Globem.
Odkurzyć klasyka
Scenariusz filmu powstał na podstawie powieści Uptona Sinclaira „Nafta („Oil!”). Amerykańskie kino chętnie sięga po literacką klasykę. Ale są pisarze zapomniani, często nie bez racji uważani za staroświeckich i niemodnych. Do tej grupy należy bez wątpienia Upton Sinclair (ur. 20 września 1878, zm. 25 listopada 1968). Był to bardzo popularny, zwłaszcza w połowie ubiegłego wieku, twórca o poglądach socjalistycznych. Wychowany w rodzinie zrujnowanych arystokratów z Południa (ojciec był sprzedawcą alkoholu i zarazem nałogowym alkoholikiem), wiele czasu spędził w dzieciństwie u bogatych dziadków w Nowym Jorku. W młodości był bardzo religijny – jego idolami byli… Jezus Chrystus i słynny brytyjski poeta romantyczny Percy Shelley. W college’u rozpoczął współpracę z prasą (przeważnie popularną) jako autor opowiadań i reportaży. By opłacić studia, pisywał seryjne sensacyjno-przygodowe opowiastki pod różnymi pseudonimami dla magazynów młodzieżowych. Specjalizował się zwłaszcza w niekończącym się cyklu przygód chwackich kadetów z West Point.
W swych późniejszych „prawdziwych” powieściach dążył do realizmu, zwracał zwłaszcza uwagę na kontrasty społeczne. Wielkie wrażenie wywarły na młodym Sinclairze powieści i reportaże nawiązujące do naturalizmu, zwłaszcza w wydaniu Emila Zoli i Franka Norrisa. Rozgłos przyniosła mu powieść „Grzęzawisko” („The Jungle”, 1906), początkowo odrzucona przez sześciu wydawców jako zbyt drastyczna, opisująca z szokującymi detalami pracę w fabryce konserw, z punktu widzenia ubogich imigrantów z Europy. Książka rozeszła się w nakładzie ponad 150 tysięcy egzemplarzy. Przyczyniła się do uchwalenia federalnego prawa dotyczącego kontroli mięsa, za czym optował nawet ówczesny prezydent Theodore Roosevelt. Gdy przeczytał głośną powieść, spotkał się z Sinclairem. Po namyśle poparł projekt zmian, chociaż nie zgadzał się z zawartą w „Grzęzawisku” – jak to nie bez racji określał – socjalistyczną propagandą.
Pisarz zainwestował 30 tysięcy dolarów w rozwój socjalistycznej kolonii Helicon Home w stanie New Jersey. Przetrwała jednak tylko cztery miesiące i padła ofiarą pożaru. O podpalenie Sinclair oskarżał politycznych przeciwników. Dwukrotnie bez powodzenia startował w wyborach na gubernatora Kalifornii z ramienia partii demokratycznej. Nominację zyskał dzięki powstałemu w 1934 r. radykalnemu programowi EPIC (End Poverty in California). Przez oponentów był przedstawiany jako niebezpieczny rewolucjonista, lecz nigdy w swym radykalizmie nie posunął się do wychwalania komunizmu, jak chociażby jego dobry znajomy, słynny reporter John Reed. Sinclair był zwolennikiem przystąpienia USA do I wojny światowej, czym naraził się wielu radykałom i w rezultacie czasowo wystąpił z partii socjalistycznej.
Po zaniechaniu prób kariery politycznej, skoncentrował się na pracy pisarskiej. Był autorem ponad 90 książek, głównie powieści i zbiorów reportaży. Oto tytuły najważniejszych z nich: „Springtime and Harvest” (1901, debiut powieściowy), „Manassas” (1903, pierwszy, niewielki rynkowy sukces, początkowy tom zamierzonej trylogii o wojnie secesyjnej), „Baron przemysłowy”(„A Captain of Industry”, 1906) „The Metropolis” (1908), „Człowiek, który szuka prawdy” („Samuel, the Seeker”, 1909), „Król węgiel” („King Coal”, 1917), „The Profits of Religion” (1918), „The Brass Check” (1920), „The Goosestep” (1923), „Nafta” („Oil!”, 1927), „Jim Higgins” („Jimmie Higgins”, 1933), „Kataklizm w roku 2000″ („Millenium”, 1924). Publicystyczna książka „Boston” („Boston”, 1928) była namiętną obroną anarchistów Sacco i Vanzettiego, skazanych na śmierć za napad rabunkowy na podstawie wątpliwych dowodów i straconych w 1927 roku, 50 lat później zaś zrehabilitowanych. Pisarz przyznał, że gdy były obrońca oskarżonych wyznał mu, że ich alibi było fałszywe, stanął przed największym dylematem moralnym w swoim życiu.
Powieść „Dragon’s Teeth” (1942, nagroda Pulitzera 1943) – opowieść o narodzinach faszyzmu w Europie, wchodziła w skład bardzo poczytnego podówczas cyklu 11 współczesnych powieści historycznych o Lannym Woodzie, bohaterze będącym świadkiem i uczestnikiem najważniejszych historycznych wydarzeń.
”Nafta”, uważana powszechnie za jeden z jego najlepszych utworów, opowiadała historię Bunny’ego Rossa, bogatego magnata naftowego oraz jego przyjaciela, Paula Watkinsa, syna hodowcy owiec. Pierwszy zostaje milionerem, drugi - ostatecznie staje na czele strajku. Jak wiele innych powieści tego autora, chwalono ją za wiarygodny opis środowiska i celną chwilami psychologię.
Śladem gigantów
Paul Thomas Anderson po raz pierwszy podjął się adaptacji cudzego tekstu. Uważano, że to moment wielce niebezpieczny dla filmowego autora, za jakiego słusznie uchodzi. Bo krytyka upatruje w nim następcę wielkich amerykańskich reżyserów: Roberta Altmana (pracował jako drugi reżyser przy jego ostatnim filmie – „Home Prairie Companion”) czy Martina Scorsese. Sam twórca w charakterystyczny dla siebie sposób tłumaczył swe zainteresowanie tekstem. – Zdarzyło się to jakieś siedem lat temu. Byłem daleko od domu, zobaczyłem pejzaż Kalifornii na okładce, kupiłem książkę, przeczytałem. Tak narodził się pomysł na film. Intensywna praca nad scenariuszem trwała dwa lata. Reżyserowanie nie jest dla mnie takie trudne. Natomiast pisanie jest naprawdę pracochłonnym i ciężkim procesem. Zwykle okazuje się, że dziewięć na dziesięć problemów związanych z filmem ma związek z tekstem scenariusza, z jego słabymi punktami i niedoskonałościami – mówił reżyser.
Andersona zafascynowało życie poszukiwaczy ropy, znał też oczywiście filmy na ten temat, jak chociażby klasyczny tytuł „Olbrzym” (1956) George’a Stevensa, z Rockiem Hudsonem i Jamesem Deanem. Chociaż, im dłużej czytał o początkach przemysłu wydobywczego, tym gorsze miał zdanie o filmowym hollywoodzkim obrazie gorączki naftowej. Deklarował, że chce uniknąć bombastyczności inscenizacji i pouczającego tonu, obecnego jego zdaniem u słynnych poprzedników. Dlatego też wykorzystał tylko niektóre wątki powieści Sinclaira i postarał się „wyczyścić” je z socjalistycznej afektacji. Pragnął za to odmalować naprawdę wiarygodny obraz samych poszukiwań i technologii wydobycia ropy.
Amerykański bohater w brytyjskim wykonaniu
Anderson tak mówił o swych głównych źródłach inspiracji: – Wszystkie najważniejsze pytania i odpowiedzi są moim zdaniem zawarte w „Skarbie Sierra Madre” (1948) Johna Hustona. To rzecz o chciwości, ambicji i paranoi i o tym, jak patrzeć na to, co w nas najgorsze. Pisząc scenariusz „Aż poleje się krew”, chciałem niejako wmontować w niego „Skarb…”, ale na szczęście poszedłem się przespać z tą myślą. Bo przecież nie ma sensu kręcić kopii arcydzieła. Co rzecz jasna oznaczało, że pragnął powstrzymać się od bezpośredniego naśladownictwa. Ale klimat gorączkowego dążenia do bogactwa pozostał zbliżony. Film stał się jednak przede wszystkim studium niezwykłego charakteru. Temu służy niecodzienny, prawie piętnastominutowy, praktycznie niemy prolog, charakteryzujący zarówno scenerię, jak i charakter głównego protagonisty.
Andersonowi udało się namówić do zagrania głównej roli jednego z najbardziej niezwykłych aktorów współczesnego kina, słynącego ze skrajnego utożsamiania się z graną rolą, Anglika Daniela Day-Lewisa. Ten okrzyknięty przez część prasy „angielskim Marlonem Brando” artysta jest znany z niezwykle starannego doboru ról. Anderson wspominał, że pozyskanie do współpracy Day-Lewisa to „jak zdobycie Świętego Graala”. Rzecz jasna, nazwisko Andersona nie było Day-Lewisowi obce, ponieważ sławny Anglik jest fanem kina, także amerykańskiego. Day-Lewis opowiadał, że jako Europejczykowi wydaje mu się ono obce i na swój sposób egzotyczne. Znany ze swej metodyczności, stara się je dokładnie poznać. Jeśli jakiś reżyser czy aktor go zainteresuje, ogląda wszystkie jego dostępne filmy po kolei. Nie inaczej było w swoim czasie z dokonaniami Andersona. Ale o decyzji przyjęcia roli zdecydował przede wszystkim tekst scenariusza. – Dlaczego niby mam grać Anglików w średnim wieku z klasy średniej? – zastanawiał się niedawno Day-Lewis, który wyznaje zasadę, że aktor nie powinien się powtarzać i jako jeden z doprawdy nielicznych konsekwentnie wciela ją w życie. – Czasem nie wiem, gdzie podążam jako aktor, dokąd w końcu dojdę. A dobry scenariusz jest w takiej wędrówce ważnym drogowskazem. W tekście Paula była nakreślona pełna, całkowicie wiarygodna i wielce intrygująca postać. A cały otaczający ją świat wydawał się bardzo plastyczny, po prostu rzeczywisty. Lubię się uczyć. Przyznam szczerze, że nie miałem pojęcia o górnictwie i wydobywaniu ropy. W mojej szkole średniej w Kent tego nie uczyli. Więc zapragnąłem zgłębić temat i przeczytałem mnóstwo na ten temat – wspominał aktor swe przygotowania do roli.
Obcość wobec amerykańskiej tradycji była atutem Day-Lewisa, uważał Anderson. A to dlatego, że aktor stawał się pełnym uwagi zewnętrznym obserwatorem. Taki obserwator zaś dostrzega często więcej niż ktoś, kto od urodzenia jest zanurzony w rodzimej kulturze. – Przygotowując się do występu, zapoznałem się z wieloma pamiętnikami z epoki. Okazuje się, że względnie ustabilizowani ludzie z niższej klasy średniej – nauczyciele, urzędnicy, handlowcy – porzucali rodziny, żony i dzieci, by udać się na Zachód, zwłaszcza w czasie gorączki złota, a potem gorączki nafty. Myśleli bez wytchnienia o tym, jak zarobić łatwe pieniądze. Było w tym coś ze zwierzęcego instynktu, a jednocześnie ten przerażający i jednocześnie pociągający dekadenckich Europejczyków entuzjazm, charakterystyczny dla Nowego Świata – opowiadał aktor.
Myśląc o koncepcji roli, Day-Lewis zauważył, że różni się ona od jego innych występów w „klasycznych” kostiumowych filmach. – Uważam, i inni uważają chyba podobnie, że dobrze wypadam w kostiumie, ponieważ mam niezły profil oraz spore zdolności do wyraźnej artykulacji i łatwość w opanowywaniu różnych akcentów. Ale w tym szczególnym przypadku należało moim zdaniem pamiętać o pewnej istotnej kwestii. W Ameryce, inaczej niż w Europie, niezbyt się ufa sile języka, zwłaszcza jeśli chodzi o orację. Szczególnie dotyczy to amerykańskiego Zachodu. Dowody? Spójrzcie tylko na George’a W. Busha. Jestem pewien, że gdyby tylko dokonał takiego wyboru, to mógłby wyrażać się jak dobrze wyedukowany członek elit z Nowej Anglii. Ale on doskonale wie, że wtedy wielu jego wyborców by mu nie zaufało. Zatem woli wyrażać się inaczej. I trzymać ręce tak, jakby przed chwilą rozstały się z siekierą albo z innym prostym narzędziem. A zdania składa z pewnym, chyba udawanym w jakiejś mierze, wysiłkiem. Gdyby było inaczej, nie sprawiałby wrażenia, że jest ciągle jednym z nich, prostych ludzi – wyjaśniał Day-Lewis.
Takie obserwacje przyczyniły się do sposobu budowania roli Plainviewa. Aktor bowiem założył, że ważniejsza niż uwodzicielskie talenty do przemawiania, których bohaterowi zresztą nie brak, jest mowa ciała i gestów, raz spontaniczna, raz wystudiowana, która zresztą często przeczy słowom.
Nie będę wiele tłumaczył
- Powinieneś współpracować z ludźmi, których kochasz i rozumiesz. I kiedy czujesz, że łączy was wspólna sprawa. To daje szansę na to, że powstanie dobry film. Na ostatnim etapie produkcji na placu boju zostają reżyser, montażysta i kompozytor. I to na nich głównie spoczywa odpowiedzialność za nadanie filmowi ostatecznego kształtu. I to oni nie mogą zmarnować wysiłku całej ekipy. Pracując z Altmanem, nauczyłem się ważnej rzeczy, której przedtem nie wiedziałem. Jeśli chcesz zachować artystyczną kontrolę nad projektem, nie musisz udzielać natychmiast szczegółowej odpowiedzi na wątpliwości każdego członka ekipy. Lepiej jest trochę poczekać – takie refleksje o sztuce reżyserii snuł Anderson.
Reżyser swoim zwyczajem nie miał zamiaru dawać szczegółowej wykładni swych artystycznych zamiarów. Wyznaje on bowiem zasadę, że filmowiec nie jest od tłumaczenia, ale od kręcenia dobrych filmów. Tak jak robili to jego idole – John Huston, Sidney Lumet (Anderson uważa jego „Sieć” za arcydzieło) czy Martin Scorsese. Jedynym bardzo wyraźnym tropem interpretacyjnym, który podsuwał twórca „Aż poleje się krew” było wspomniane pokrewieństwo jego najnowszego filmu ze „Skarbem Sierra Madre”.
Rzeczywiście, zdaniem większości krytyki, opowieść o Danielu Plainview ma intensywność najlepszych dokonań amerykańskiego klasycznego kina, przywodzi na myśl chociażby „Obywatela Kane’a” Orsona Wellesa. Odznacza się też odwagą. Bo, chcąc nie chcąc, musimy się w dużej mierze identyfikować z człowiekiem, który szczerze wyznaje, iż „nienawidzi większości ludzi”. A Anderson skłania nas, byśmy starali się go pomimo wszystko zrozumieć. – Od jakiegoś czasu myślałem o tym, że ciekawe byłoby nakręcić film o historii Kalifornii. Po ukończeniu pracy stwierdziłem, że jest to opowieść o czymś innym – komentował reżyser. – Najtrudniejsze było wymyślenie logicznego, naprawdę satysfakcjonującego zakończenia. To wyczerpało mój umysł i umysły wszystkich moich współpracowników. Pamiętam, jak pisałem scenę, gdy Daniel zasłania dziewczynkę przed ojcem i mówi „Dość bicia!”. Pomyślałem że świetnie definiuje ona postać i jest kluczowa dla opowieści. Od tego momentu nie miałem już oporów przed radykalnym przerabianiem poszczególnych scen z powieści, czując, że powstaje coś kompletnie oryginalnego. I czułem się dobrze, błądząc w ten sposób po książce.
Niektórzy dopatrywali się w filmie zaskakująco surowego moralitetu. Anderson wolał mówić skromnie, że jest to historia sukcesu pewnego poszukiwacza, która – ma nadzieję - skłania do głębszej refleksji.

